Tragedia na Przełęczy Diatłowa

Reżyseria: Renny Harlin, scenariusz: Vikram Weet, występują: Richard Reid, Luke Albright, Matt Stokoe, Holly Goss, produkcja: Rosja, USA, Wielka Brytania, 2013

“Tragedia na Przełęczy Diatłowa” to bardzo nierówny film. Po dobrym, trzymającym w napięciu początku, godnym takich tytułów jak „Rec” czy „Blair Witch Project”, finał rozczarowuje. I to mimo tego, że jest niebanalny i ciekawie zamyka cała historię. Historię opartą na prawdziwym wydarzeniu. 2 lutego 1959 roku dziewięć osób zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach (Przełęcz Diatłowa to nazwa nadana temu miejscu od nazwiska człowieka, który nieszczęsną wyprawę zorganizował). Dobrze wyposażeni podróżnicy planowali wyprawę na Antarktydę, a wędrówka w górach Uralu była próbą generalną. Nie można więc mówić, że byli to amatorzy. Kiedy ekspedycja nie dawała znaku życia przez kilka dni zorganizowano akcję ratowniczą. Ratownicy odnaleźli tylko zwłoki, z dala od namiotu, w niekompletnych ubraniach. Wyglądało jakby uczestnicy ekspedycji przed czymś uciekali. Do dziś powstało całe mnóstwo hipotez na temat tego, co mogło się stać tej zimowej nocy (abstrahując od filmu polecam poczytać o tajemnicach Góry Śmierci na Uralu – to doprawdy pasjonująca lektura). Punktem wyjścia dla filmu jest wyprawa pięciorga amerykańskich studentów (ach ci Amerykanie – wszędzie się wcisną), którzy dostali fundusze z uczelni, by nakręcić film dokumentalny o wyprawie Diatłowa. Już na początku filmu obserwujemy, jak miesiąc po wyruszeniu studentów media na całym świecie komentują poszukiwania naszych bohaterów, którzy zaginęli bez śladu… czyli wiemy, że coś się stało. A co konkretnie dowiadujemy się z filmów, które studenci kręcili zarówno kamerą jak i smartfonami. Jak już pisałem – początek tego filmu naprawdę trzyma w napięciu. Piękne zdjęcia zimowych krajobrazów Uralu, narastające poczucie zagrożenia, ostrzeżenia by nie iść w góry, dziwne ślady na śniegu – wszystko to buduje ciężką atmosferę niepewności i napięcia. I nie przeszkadzają mi takie wpadki twórców filmu jak na przykład to, że w odległej Rosji wszyscy znakomicie mówią po angielsku. Problem pojawia się później, kiedy zbliżamy się do rozwiązania zagadki. Nie chcę zdradzać szczegółów fabuły, ale od pewnego momentu dziury logiczne z każdą minutą filmu stają się coraz większe. Zakończenie jest przewrotne i zaskakujące (chociaż wynikające z jednej ze scen którą widzimy na początku filmu), to pewien paradoks sprawia, że też i niewiarygodne jest rozwiązanie tajemnicy zaginionej wyprawy. Szkoda wielka, bo „Tragedia na Przełęczy Diatłowa” miała potencjał na naprawdę dobry horror. A tak wyszło przeciętnie (chociaż moim zdaniem i tak lepiej niż w podobnym filmie „Czarnobyl. Reaktor strachu.”). Ewidentnie widać też jakie produkcje były inspiracją autorów – znajdziemy tu odniesienia do „Rec”, „Zagubionych” ale też do „Gwiezdnych Wrót” czy „Eksperymentu Filadelfia”. Podsumowując: „Tragedia na Przełęczy Diatłowa” to przeciętniak, który miał zadatki na dobry film grozy. Obejrzeć się da, zwłaszcza pierwszą połowę filmu, która nieźle buduje nastrój. Potem jest gorzej, ale nadal nie tragicznie. Jeśli więc traficie na ten film – spokojnie oglądajcie, bez większej ekscytacji.

Font Resize
KONTRAST
%d bloggers like this: