The Resident

Reżyseria: Antti Jokinen. Scenariusz: Antti Jokinen i Robert Orr. Muzyka: John Ottman. Obsada: Hilary Swank, Jeffrey Dean Morgan, Lee Pace, Christopher Lee USA, 2011.

W 1993 roku nakręcono film „Sliver” z Sharon Stone i Wiliamem Baldwinem. Historia wieżowca w którym właściciel podglądał wszystkich mieszkańców nie była jakąś rewelacją, jednak miała w sobie napięcie i oglądało się ją z zainteresowaniem. I przynajmniej momenty były. Oglądając „The Resident” miałem wrażenie jakbym oglądał uboższą wersję tamtego filmu. Bardzo uboższą. Można powiedzieć, że niektóre sceny są wręcz kopiami scen z „Sliver” – popatrzcie chociażby na scenę z Hilary Swank w wannie. Była w latach 90-tych moda na filmy w stylu „młoda kobieta podglądana przez zboczeńca”. Ale wtedy powstawały filmy dużo lepsze niż ta współczesna historia. Oto młoda pani doktor szuka mieszkania do wynajęcia. Niespodziewanie znajduje bardzo tanio apartament na Brooklynie. Zdaje się, że wszystko układa się jak najlepiej. Ale w pewnym momencie bohaterka odnosi wrażenie, że ktoś ją podgląda. Powoli podejrzenie zaczyna się przeradzać w obsesję… Znacie? Pewnie, że znacie i to w dużo lepszych wersjach. Zastanawiam się co powoduje, że dobrzy aktorzy, grają w naprawdę słabych filmach. „The Resident” to przecież Hilary Swank – aktorka która grała w kilku dobrych produkcjach, Jeffrey Dean Morgan – John Winchester z „Supernatural” i Christopher Lee – którego przedstawiać nie trzeba. Sam schemat scenariusza też wcale nie jest zły i wiele można z niego wycisnąć jeszcze. Mała ilość planów w których rozgrywany jest film stwarza wrażenie spektaklu – i to nie jest zarzut. Czego więc zabrakło? Napięcia, elementu zaskoczenia. Gdzieś tak w trzydziestej minucie filmu, bez większego wysilania szarych komórek, wiemy kto jest tym złym. To po prostu jest oczywiste. Fiński reżyser Antti Jokinien jak do tej pory ma na swoim koncie filmy dokumentalne (całkiem ciekawe zresztą, np. „Bioterror”), ale też jeden z finałów festiwalu Eurowizji to jego reżyseria. „The Resident” to jego pierwszy poważniejszy film fabularny. Może z czasem dojrzeje do tworzenia  dobrych filmów – ale „The Resident” to jednak porażka. Ciekawa jest w tym filmie muzyka – klimatyczna, budzi napięcie. Aktorzy grają na poziomie przeciętnym. Ciężko uwierzyć w ich motywacje, psychologicznie film nie jest zbudowany zbyt ciekawie. No i ten finał… Jak bardzo niezniszczalny może być psychopata, ile razy można go zabić? To tworzenie na siłę napięcia w finale nie ratuje filmu który od początku ciągnie się jak flaki z olejem. Na szczęście film jest krótki – osiemdziesiąt siedem minut można się przemęczyć. Zdziwiło mnie, że to film wytwórni „Hammer” – jakoś mi się kojarzą z innymi filmami, z klasyką horroru klasy B czy nawet C. A tutaj dostajemy typowy usypiacz który z klasyką nie ma nic wspólnego. Nie polecam. Chyba, że ktoś bardzo lubi filmy w stylu: „młoda, podglądana kobieta”. Ja dalej nie rozumiem czemu powstają tak kiepskie filmy. No chyba, że to miał być hołd dla kina lat dziewięćdziesiątych, dla filmów takich jak „Sliver” czy „Nagi instynkt”. Jeśli tak – to był to hołd nieudany. Zdecydowanie nie polecam.

Font Resize
KONTRAST
%d bloggers like this: