Skyline

Reżyseria: Colin Strause, Greg Strause. Scenariusz: Joshua Cordes, Liam O’Donnell. Muzyka: Matthew Margeson. Obsada: Eric Balfour Scottie Thompson Brittany Daniel Brittany Daniel  USA, 2010

Nastała moda na filmy z gatunku fantastyki kameralnej. „Dystrykt 9”, „Project Monster”, „Znaki”. No i dobrze. Bo znudziło mi się oglądanie jak Amerykańscy Chłopcy Kopią Wrogów Po Zadkach. I w tle ta amerykańska flaga i obowiązkowo prezydent wygłaszający orędzie do dumnego narodu Ameryki. W „Skyline” prezydenta nie uświadczymy. Amerykańscy chłopcy też się pojawiają na chwilę stanowiąc ładne mięso armatnie. Z drugiej strony – nic nie poradzę na to, że lubię takie rozpierduchy jak w „Dniu Niepodległości” czy „2012”. No i w „Skyline” też trochę takich rozpierduch mamy.

Wydawać by się mogło, że film idealny. I przez pierwsze dziesięć minut miałem nadzieję, że oto oglądam coś naprawdę nowego w kinowej fantastyce… Niestety – daremne żale, próżny trud… „Skyline” mimo, że się zapowiada naprawdę dobrze, jest totalną klapą. I nie położyły go efekty specjalne. Ani nie tematyka. Klęską tego filmu jest scenariusz.

Oto w nocy nad Los Angeles zapalają się i spadają na ziemię niezwykłe błękitne światła. Grupa przyjaciół obserwuje je z wieżowca w którym spotkali się na imprezie. Nagle jeden z nich niknie wciągnięty przez błękitne światło. Rankiem z dachu wieżowca nasi bohaterowie obserwują przybycie floty Obcych. Statki wciągają promieniem błękitnego światła setki ludzi. Pojawiają się roboty? Potwory? przeszukujące budynki. Nasi bohaterowie zostają sami w wieżowcu, próbując podjąć decyzję co dalej, dokąd uciekać…

Zapowiada się nieźle? No niestety… z czasem jest coraz gorzej. Podobały mi się w tym filmie dwie rzeczy – efekty specjalne, które jak na film za zaledwie 10,5 mln dolarów były rewelacyjne. Fajnie zaprojektowane statki Obcych, nieźle zrobione potwory, bardzo dynamiczna scena ataku na okręt bazę. Naprawdę nieźle – efekty spokojnie na poziomie „Dnia Niepodległości”. Druga rzecz która mi się podobała – pokazanie wydarzeń oczami zwykłych ludzi, zaplątanych w konflikt który ich przerasta, bez pomocy z zewnątrz. Wszystkie wydarzenia obserwujemy z ich punktu widzenia. Nie ma tutaj żadnych patetycznych scen z prezydentami czy żołnierzami bohatersko oddającymi życie za innych. A nie podoba mi się… cała reszta.

Po pierwsze – gra aktorska – jeśli można w ogóle o czymś tutaj takim powiedzieć – poniżej poziomu.  Takich „drewniaków” nie widziałem w filmie już dawno. Po drugie – scenariusz. Woła o pomstę do nieba. Dziury logiczne są większe niż te w naszych drogach. Niektóre sceny sprawiają, że człowiek wybucha niepohamowanym śmiechem (ach, ten świecący mózg obcego na siekierze). No i zakończenie. Szczęka mi opadła i miałem ochotę walić głową w ścianę, że zmarnowałem czas na coś takiego. Powiem Wam, że jeśli film da się jakoś oglądać to finał po prostu jest tak wkurzający, nielogiczny i… po prostu głupi, że psuje przyjemność (wątpliwą) obejrzenia „Skyline”. Podsumowując – kolejna zmarnowana szansa – to mógłby być hit na miarę „Dystryktu 9”, a jest ogłupiająca papka z niezłymi efektami. A przecież nie na samych efektach film zbudowany.

Font Resize
KONTRAST
%d bloggers like this: