Skóra, w której żyję

Reżyseria: Pedro Almodóvar Scenariusz: Pedro Almodóvar  Muzyka: Alberto Iglesias. Obsada: Antonio Banderas, Elena Anaya, Marisa Paredes, Jan Cornet.  Hiszpania 2011.

Czasami patrząc na dzieło sztuki nowoczesnej – w stylu „kropka w kwadracie” – zastanawiam się, czy wystarczy znane nazwisko by sprzedać byle co? Oczywiście – o gustach się nie dyskutuje, ale dawać sobie wciskać coś złego i zachwycać się tym, bo przecież stworzył/a ten i ta zakrawa na modę, snobizm i hipokryzję. Takie odczucia miałem po pierwszej godzinie seansu najnowszego filmu Pedro Almodóvara. „Skóra, w której żyję” – bo o tym filmie mowa, zaczyna się intrygująco. Oto piękna kobieta, w swego rodzaju cielistym kombinezonie, zamknięta w pokoju. Jedzenie i wszelkie potrzebne rzeczy dostarcza jej starsza kobieta windą kuchenną. Sławny chirurg plastyczny, właściciel prywatnej kliniki w której zamknięta jest kobieta, pracujący nad wielkim wynalazkiem – bardzo wytrzymałą, genetycznie zmodyfikowaną skórą. Kim jest tajemnicza piękność? Czemu chirurg podgląda kobietę przez ukryta kamerę? Czemu kobieta stara się oszpecić skórę, w której żyje? Odpowiedzi na te pytania cofną bohaterów filmu o sześć lat, kiedy to w życiu Roberta – owego chirurga – wydarzyła się straszliwa tragedia… a odpowiedź na pytanie kim jest kobieta powinna zaskoczyć nawet najbardziej wytrawnego widza… No właśnie – powinna zaskoczyć, ale nie zaskakuje. Już w pierwszych scenach widać wyraźną wskazówkę kim jest Vera. Połączenie tej wskazówki z jedną ze scen w środku filmu daje odpowiedź na największa zagadkę. Nie bardzo rozumiem wszystkie zachwyty nad filmem Almodovara. Tak naprawdę nie ma tutaj drugiego dna, podtekstów, głębokich przemyśleń. A doszukiwanie się ich na siłę, „bo przecież to artystyczne kino europejskie” jest bez sensu. Pierwsza połowa filmu to chaotyczny scenariusz, sceny włożone na siłę (niektóre wręcz żenujące). Później można się doszukać sensu – chorego i spaczonego, ale jednak sensu – w scenariuszu. Po to tylko by wszystko rozwaliła końcówka – pretensjonalna i nie pasująca do całości. Czemu tak jest? Cóż, nie znam literackiego pierwowzoru – powieści „Tarantula” – zakładam jednak, że ma większy sens niż film. Dlatego, że pisarz może przekazać odczucia i przemyślenia bohaterów słowami – w filmie aktorzy muszą to zagrać. W „Skórze, w której żyję” właśnie tego oddania emocji przez aktorów mi zabrakło. Antonio Banderas stara się jak może, ale naprawdę trudno zrozumieć niektóre zachowania postaci którą w filmie gra. Wiele razy zadawałem sobie pytanie „ale czemu Robert tak właśnie się zachował?”, a czegoś takiego nie powinno być. Dobry film powinien być tak zagrany by mnie wciągnął do reszty, bym uwierzył w to co twórcy mi chcą pokazać. Tutaj moja wiara została wystawiona na próbę. Szwankuje scenariusz, szwankuje reżyseria, sceny które powinny wywoływać napięcie wywołują uśmiech (vide pościg za skuterem). Jedyne co mogę pochwalić to zdjęcia (mimo iż film dzieje się w ograniczonej scenerii) i muzykę (przyjemną mieszankę muzyki klasycznej, hiszpańskiej i brazylijskiej). I to wszystko. Może się nie znam, ale mnie „Skóra, w której żyję” się nie podobał. Mimo, że to Almodovar.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *