Historia może być pasjonująca, czyli króciutki wstęp

W swoim szkolnym życiu miałem to szczęście, że trafiałem na nauczycieli historii, którzy potrafili zarazić człowieka pasja do przedmiotu. I to zarówno w szkole podstawowej, jak i później. Stąd jedną z moich pasji jest historia. A jeżeli jeszcze z odrobiną tajemnicy i grozy to połączyć… Ten wpis zaczyna serię artykułów, w których będę chciał Ci pokazać, że przeszłość jest piekielnie ciekawa. Te opowieści, choć pełne tajemnic i grozy, wydarzyły się naprawdę, są udokumentowane. Przedstawię Ci fakty, ale tez różnego rodzaju teorie, jakimi chciano wyjaśnić te zdarzenia. Na pierwszy ogień – co łączy Sherlocka Holmesa i pewien pechowy statek.

Pechowy od początku

Statek, o którym mowa, zbudowano w 1861 roku i zwodowano pod nazwą „Amazon”. Była to brygantyna o wyporności 282 ton. Jednostka zarejestrowana w porcie Parrsboro miała ośmiu właścicieli. Od samego początku prześladował ją pech. Pierwszy kapitan, dziewięć dni po objęciu tego stanowiska, zachorował na zapalenie płuc i zmarł na samym początku dziewiczego rejsu.

Drugi z kapitanów, John Nutting Parker, spowodował zderzenia „Amazon” z kutrem rybackim. Statek odprowadzono do stoczni w celu naprawy. W jej trakcie doszło do pożaru, który remont znacznie przedłużył. „Amazon” oddano do użytku, już pod nowym dowództwem. Statek wyruszył w swój pierwszy rejs przez Atlantyk. Niestety, pech nie dał o sobie zapomnieć. W kanale La Manche, w pobliżu Dover doszło do kolizji z innym statkiem.

Przez jakiś czas na statku panował spokój. „Amazon” odbywał rejsy do Indii Zachodnich i Ameryki Południowej, przewożąc towary i przynosząc właścicielom duże zyski. Trwało to do momentu, kiedy podczas sztormu „Amazon” został wyrzucony na brzeg. Po ściągnięciu na wodę uszkodzony statek sprzedano Richardowi Hainesowi z Nowego Jorku. W 1868 roku ponownie zarejestrowano jednostkę pod nazwą „Mary Celeste”. Kolejne trzy lata to problemy finansowe Hainsa, i tak naprawdę ciężko powiedzieć, co w tym czasie działo się ze statkiem. Udokumentowane zostało to, że w 1872 roku „Mary Celeste” przeszła gruntowny remont. W październiku tego roku dowództwo objął kapitan Benjamin Briggs. Jego pierwszym zadaniem było przeprowadzenie „Mary Celeste” przez Atlantyk – z Nowego Jorku do Genui.

Kapitan Brrigs był doświadczonym żeglarzem. Pochodził z rodziny o morskich tradycjach i cieszył się nieposzlakowaną opinią. Na rejs do Genui starannie dobrał załogę. Byli to odpowiedzialni marynarze, świetnie znający swój fach. W sumie na statku zaokrętowanych zostało 10 osób: kapitan, siedmiu członków załogi, a także Sara Briggs – żona kapitana i ich dwuletnia córka. Drugie dziecko, chłopiec w wieku szkolnym, pozostał z babcią w Stanach. Na pokład zabrano ładunek – 1701 baryłek spirytusu.

Jeszcze w niedzielę, 3 listopada, kapitan Briggs pisał do swojej matki: „statek jest w doskonałym stanie i mam nadzieję, że będziemy mieli dobry rejs”.

We wtorek, 5 listopada 1872 roku, w dniu planowanego rozpoczęcia rejsu,  pogoda była niesprzyjająca i kapitan opóźnił wypłynięcie o dwa dni. 7 listopada „Mary Celeste” wypłynęła w swoją podróż ku przeznaczeniu.

Spotkanie na morzu

Kanadyjska brygantyna „Dei Gratia” czekała w tym czasie na ładunek ropy w Hoboken. Jej celem także był port w Genui. Kapitanem „Dei Gratia” był bardzo szanowany kapitan – David Morehouse. Według niektórych źródeł obaj kapitanowie – Briggs i Morehouse się znali. Podobno nawet się przyjaźnili – ale na to nie ma dowodów, prócz wspomnień wdowy po kapitanie Morehousie, spisanych pięćdziesiąt lat później.

„Dei Gratia” wyruszyła w rejs do Genui 15 listopada 1872 roku, ta samą trasa co „Mary Celeste”. Był 4 grudnia 1872 roku, godzina 13.00, kiedy sternik zameldował o statku, który płynie niezgrabnie w stronę „Dei Gratia”, w odległości 6 mil morskich. Pozycja okrętu w tym momencie to 38° 20′ N  i 17° 15′ W, w połowie drogi między Azorami a Portugalią. Po stanie żagli i bezładnym kursie kapitan Morehouse zorientował się, że coś jest nie tak. Na pokładzie nie widać było żywej duszy, nikt nie odpowiadał na wezwania.

Kiedy statek widmo zbliżył się do „Dei Gratia”, spuszczono szalupę i popłynęli na jego pokład pierwszy i drugi oficer. Szybko się okazało, że statek to „Mary Celeste”. I że jest opuszczony. Nie znaleziono ani śladu załogi.

Stan statku jaki zastali marynarze po wejściu na pokład nie wyglądał bardzo źle. Klapa do luku towarowego była zamknięta, żagle poszarpane, kompas rozbity, jakby ktoś próbował go wyciągnąć z obudowy, rzeczy marynarzy były porozrzucane, jakby w pośpiechu ktoś pakował najpotrzebniejsze rzeczy. Nie było też jedynej szalupy. Wyglądało na to, że „Mary Celeste” została opuszczona w ciągu kilkunastu minut.

Ale po bliższych oględzinach nie znaleziono nic, co usprawiedliwiałoby ucieczkę ze statku. Ładunek – 1701 beczułek był (oprócz jednej beczki) nietknięty, zniknęły natomiast papiery i przyrządy nawigacyjne z kabiny kapitana. Ostatni zapis w dzienniku pokładowym był z 25 listopada 1872 roku (więc sprzed 10 dni), nie świadczył o żadnych kłopotach. Kambuz był zabezpieczony, naczynia pochowane.

Kapitan Morehouse postanowił obsadzić „Mary Celeste” szczątkową załogą, i 12 grudnia 1872 roku oba statki – z trudem, bo pogoda nie sprzyjała, a rozdzielona załoga ledwo sobie radziła z nawigacją obiema jednostkami – dotarły do Gibraltaru. Tam „Mary Celeste” została skonfiskowana przez Admiralicję i rozpoczęło się dochodzenie.

Dochodzenie

Śledztwo ruszyło pełną parą 17 grudnia 1872 roku. Szybko ustalono, ze załoga „Mary Celeste” nie padła ofiarą sztormu. Co prawda w zęzie było trochę wody, ale to normalna sytuacja i nie budził ten fakt podejrzeń. Potwierdzono, że statek nie brał udziału w żadnej kolizji, ani nie uderzył w mieliznę.

Odkryto za to na szabli kapitana ślady, które mogły być krwią. Dodatkowo na pokładzie znaleziono nacięcie, jakby zrobione siekierą, również ze śladami podobnymi do krwi.

Na tej podstawie wysnuto dwie hipotezy. Według jednej z nich, kapitan Briggs miał w pijackim szale zamordować rodzinę i załogę. Ta hipoteza była jednak nieprawdopodobna – Briggs znany był ze swojej niechęci do alkoholu i głębokiej wiary. Trudno też było sobie wyobrazić, żeby siedmiu członków załogi nie zdołało obezwładnić pijanego kapitana.

Drugą hipotezą było to, że załoga „Dei Gratia” napadła na „Mary Celeste”, wymordowała wszystkich na pokładzie i przejęła statek, by uzyskać nagrodę z przyprowadzenie opuszczonej brygantyny. Prowadzącemu śledztwo prokuratorowi generalnemu Gibraltaru, Frederickowi Solly-Floodowi nie mieściło się w głowie, że „Mary Celeste” dryfowała sama przez 10 dni, stąd takie oskarżenia.

Wkrótce jednak okazało się, że tajemnicza substancja, podobna do krwi, krwią nie była. Uszkodzenia drewna, wzięte za nacięcia siekierą, wynikały z wpływu słonej wody na drewno. Nie było także żadnych dowodów na winę załogi „Dei Gratia”. Upadła także hipoteza o próbie wyłudzenia ubezpieczenia przez właściciela „Mary Celeste”. 25 lutego 1873 roku ogłoszono, że niemożliwym jest ustalenie co było przyczyną opuszczenia statku i jakie były losy załogi. Co znamienne – załoga „Dei Gratia” otrzymała tylko część pieniędzy za doprowadzenie „Mary Celeste” do portu. Może to świadczyć o tym, że Admiralicja nie była przekonana o ich niewinności. W świadomości ludzkiej już zawsze będzie się tliło podejrzenie.

Habakuk Jephson  i wątek afrykański

Tymczasem w styczniu 1884 roku, na łamach magazynu Cornhill pojawia się „Oświadczenie J. Habakuka Jephsona”. Habakuk Jephson opowiedział reporterowi historię o tym, że był pasażerem na „Mary Celeste”. Na pokładzie wybuchł bunt, wywołany przez czarnoskórego marynarza Goringa. Cała załoga zostaje zabita. Jedynie Jephson, który posiadał tajemniczy amulet i był zwolennikiem zniesienia niewolnictwa, zostaje ocalony. Wraz z buntownikami dociera szalupa do Afryki, gdzie przezywają mnóstwo niezwykłych przygód.

I chociaż w opowieści zmieniona została nazwa statku na „Marie Celeste” i nazwisko kapitana, chociaż nie było żadnych dowodów na to, by na „Mary Celeste” okrętował się jakikolwiek pasażer, a przygody w Afryce były wręcz nieprawdopodobne, to opinia publiczna w tę historię uwierzyła. Uwierzyła do tego stopnia, że wystosowana została petycja, by ruszyć do Afryki z ekspedycją karną i ukarać Goringa za zbrodnię.

Jeszcze 3 kwietnia 1885 roku ta historia, jako prawdziwa, została przedrukowana w „The Boston Herald”.

Mity i legendy

Zaczęły mnożyć się w tym czasie niewiarygodne opowieści, które w dzisiejszych czasach jeszcze pokutują, jako prawdziwe. O tym, że marynarze z „Dei Gratia” odkryli w kambuzie gorące jeszcze posiłki, dymiące fajki marynarzy, że na burtach były nacięcia, jakby coś złapało okręt w stalowe nożyce. Według niektórych relacji na pokładzie znaleziono żywego, oszalałego ze strachu, psa. Takich historii było całe mnóstwo.  A wszystko to z powodu historii, jaką opowiedział J. Habakuk Jephson. A raczej sir Arthur Conan Doyle.

Tak, tak. To właśnie późniejszy autor Sherlocka Holmesa napisał „Oświadczenia J. Habakuka Jephsona”. Jak sam później twierdził, nie sądził, że jego historia wywrze aż tak wielki wpływ na ludzi. Sam był tym zaskoczony. Jak widać, jeszcze przed napisaniem pierwszej historii o najbardziej znanym detektywie na świecie, Conan Doyle potrafił snuć wciągające historie.

Istnieje jeszcze jedna hipoteza, którą chyba trzeba włożyć między bajki. Chociaż…? Mówi ona o ataku wielkiej kałamarnicy, która porwała załogę. I możemy się dziś śmiać z tego, ale faktem jest, że 17 listopada 1861 roku (bądź 30 listopada – różne źródła podają te dwie daty), francuska korweta „Alecton” napotkała zwierzę, które do tej pory traktowano jak legendę. Kałamarnica olbrzymia, o długości ciała ok. 5 metrów (nie licząc macek), byłaby cennym łupem. Kapitan postanowił ją złapać. Walka trwała ponad trzy godziny, wystrzelono kilka pocisków, które nie czyniły żadnej widocznej krzywdy zwierzęciu. W końcu udało się złapać kałamarnicę harpunami i liną. Ale jej masa była tak wielka, że przy wciąganiu na pokład  przecięto ją na dwie części. Nie dziw się więc, że kilka lat później funkcjonowała też hipoteza o ataku na „Mary Celeste” olbrzymiego głowonoga.

Jest jeszcze wiele nieprawdopodobnych opowieści o losie załogi „Mary Celeste” – o kucharzu, który otruł wszystkich, o porwaniu przez UFO, o tym, że wszyscy zginęli gdy obserwowali zawody w pływaniu z naprędce zbudowanej platformy. Gdzies w świadomości ludzi przewija się jeszcze opowieść o tym, że w trakcie prowadzenia „Mary Celeste” do portu w Gibraltarze, zniknęła także część załogi „Dei Gratia”, którą kapitan wysłał do obsadzenia statku widmo. Akurat to wzięło się z tego, że na Gibraltar najpierw dopłynął „Dei Gratia”, a „Mary Celeste” zabłądziła we mgle i przypłynęła dzień później. Legend na temat statku widmo jest jeszcze wiele. Do wyboru, do koloru.

A co się tak naprawdę stało?

Co się tak naprawdę stało nie wie nikt. Istnieją jednak trzy hipotezy, bardzo realnie tłumaczące to zaginięcie.

Pierwsza z nich mówi o tym, że w wyniku awarii urządzeń pomiarowych przy pompach, załoga odniosła wrażenie, że statek szybciej nabiera wody niż to było w rzeczywistości. Pisałem Ci wcześniej, że w zęzie rzeczywiście była woda. Statek wcześniej przepływał przez obszar gorszej pogody i stąd podejrzenie, że nabiera wody. Po zbadaniu czujników już w trakcie dochodzenia, rzeczywiście stwierdzono, że rurki, pełniące rolę czujników były zapchane pyłem węglowym i mogły dawać fałszywe odczyty.

Druga hipoteza (odtworzona eksperymentalnie w 2006 roku)  mówi o możliwym wybuchu. Stwierdzono, że opary spirytusu wydostawały się z nieszczelnych beczek i stwarzały realną groźbę wybuchu. Kapitan zarządził ewakuację. Chciał przywiązać szalupę za statkiem, ale zaczął wiać silny wiatr i statek odpłynął.

A może to ognisty deszcz?

Cofnijmy się trochę w czasie. Na przełomie 1845 i 1846 roku astronomowie bardzo ekscytowali się rozpadem komety. Kometa Bieli, odkryta w 1926 roku rozpadła się na dwie części. W 1852 roku pojawiła się ponownie, już jako dwa oddzielne obiekty, z własnymi warkoczami. Ponownie miała się pojawić w 1859 i 1865, ale jej nie zaobserwowano. Świat naukowy zapomniał już o niej. Tymczasem w listopadzie 1872 roku, w okresie kiedy kometa powinna się pojawić, nocne niebo rozświetlił olbrzymi deszcz meteorów, spadających gwiazd. Niektóre ze szczątków komety, które spalały się w atmosferze, wybuchały z głośnym hukiem, rozświetlając nocne niebo ogniem. Według danych naukowych zjawisko trwało kilka godzin, a na niebie pojawiało się do 400 meteorów w ciągu minuty.

I to właśnie jest podstawą trzeciej hipotezy – za którą ja akurat optuje. Czas i miejsce by się zgadzały, więc łatwo sobie wyobrazić, że gdy nad „Mary Celeste” niebo zaczęło błyskać płonącymi meteorami, kapitan przeraził się i nakazał opuszczenie statku. W końcu w ładowni znajdowało się 1701 baryłek wybuchowego, łatwopalnego spirytusu. Załoga uciekła na szalupę, nie mając nawet szans dobrze zwinąć żagli, a statek odpłynął gnany wiatrem. I nawet nie musiał żaden meteor zbliżyć się do niego – stąd zero śladów na drewnianym okręcie takiego wydarzenia. Wystarczyło, że po prostu spadały z nieba – strach zrobił resztę.

Czy tak rzeczywiście było? Nie dowiemy się już raczej tego. Niezależnie od przyczyn, załoga „Mary Celeste” już nigdy nie została odnaleziona. Żaden ślad, żadna opowieść, nic. Jakby rozpłynęli się we mgle…

Smutny koniec brygantyny

„Mary Celeste” wróciła z Genui do Nowego Jorku 19 września 1873 roku. Ale jej tajemnica, podejrzenia o morderstwa na pokładzie, rozlewie krwi, sprawiły, że statek cieszył się złą sławą. W lutym 1874 roku została sprzedana grupie biznesmenów z Nowego Jorku. Pływała jeszcze na trasach zachodnich i Oceanu Indyjskiego. W 1879 ponownie odezwał się pech ją prześladujący – kapitan Edgar Tuthill zachorował i zmarł na Wyspie Świętej Heleny. Wizerunek statku, nad którym wisiała klątwa, znowu rósł w siłę.

Ciężko jest znaleźć dokumenty na to co działo się z „Mary Celeste” później. Wiadomo jedynie, że wielokrotnie zmieniała armatora, by w końcu stać się własnością kapitana Gilmana C. Parkera.

W końcu 1884 roku grupa bostońskich spedytorów napełniła statek bezwartościowym towarem i wysłała w podróż do Port-au-Prince na Haiti. W trakcie rejsu kapitan rozbił „Mary Celeste” na dobrze znanej i oznaczonej na mapach rafie koralowej – Rochelois. Wrak nie nadawał się do naprawy i został opuszczony. Kapitan wystąpił o odszkodowanie za zniszczony ładunek.

I tutaj, po raz ostatni, odezwała się „klątwa Mary Celeste”. Dochodzenie, prowadzone przez agencję ubezpieczeniową, udowodniło, że katastrofa była celowo zaaranżowana w celu wyłudzenia ubezpieczenia. W wyniku procesu kapitan Parker stracił cały majątek i zmarł w biedzie trzy miesiące później. jeden ze współoskarżonych spedytorów z Bostonu oszalał, inny popełnił samobójstwo. Sędzia Beeg, prowadzący sprawę, powie później: „Sąd ludzki nie zdołał ukarać tych mężczyzn, jednak klątwa, która spadła na statek po śmierci pierwszego kapitana w czasie dziewiczego rejsu, mogła dosięgnąć ich zza wodnego grobu i wymierzyć własną, straszliwą zemstę”.

Ostatni akt tej historii to rok 2001. Wtedy to ekspedycja, kierowana przez archeologa morskiego i pisarza Clive’a Cusslera, ogłosiła, że odnalazła na rafie Rochelois szczątki „Mary Celeste”. Jednak po dokładnych badaniach drewna, okazało się, że to nie mogą byc szczątki tego statku.

Ostatni port „Mary Celeste” wciąż pozostaje nieodkryty.