Ranczo Skinwalker

reż. Devin McGinn, scen. Adam Ohler, wyst. Steve Berg, Jon Gries, Devin McGInn, Erin Cahill, USA, 2013

Nie lubię filmów w stylu found footage – czyli takich kręconych niby amatorskimi kamerami, z ręki, czy też z kamer ochrony. Z tego typu podobał mi się „Rec”, ale już „Paranormal Activity” było dla mnie wyzwaniem. I dlatego gdyby nie dwie rzeczy – bardzo szybkie zawiązanie intrygi i ciekawa historia na jakiej oparto film – pewnie nie obejrzałbym „Ranczo Skinwalker”. No właśnie, na początek wyjaśnienie: film nie jest ilustracją prawdziwych zdarzeń, jak napisali niektórzy recenzenci. To raczej scenariusz bardzo luźno inspirowany  wydarzeniami z połowy lat 90-tych XX wieku, kiedy to pewien farmer kupił ranczo, mieszczące się na „ścieżce Skinwalkera“. Według indiańskiej legendy była to ziemia przeklęta, a sam Skinwalker był zmiennokształtną istotą, której lepiej nie wchodzić w drogę. Zdarzenia jakie się działy przez następne miesiące doprowadziły farmera i jego rodzinę na skraj załamania nerwowego. Badania zjawisk trwały do początku XXI wieku, ale nigdy nie wyjaśniono co tam się działo.  Zresztą – zachęcam do poczytania w sieci artykułów na ten temat.

W filmie „Ranczo Skinwalker“ twórcy starają się w jakiś sposób wyjaśnić skąd te wszystkie zjawiska się wzięły. Film rozpoczyna się od sceny zniknięcia 10-letniego syna właścicieli. Kilka miesięcy później na ranczo trafiają naukowcy którzy będą chcieli wyjaśnić zniknięcie dziecka. Rozstawiają wszędzie kamery,  czujniki i zaczyna się polowanie. Szybko okaże się, że to nasi bohaterowie będą w tym polowaniu ofiarami. Począwszy od niezwykłych dźwięków po tajemnicze światła i dziwne stworzenia… napięcie zaczyna narastać. „Ranczo Skinwalker“ oczywiście nie jest wolny od wszystkich wad tego typu filmów (na przykład fakt, że jeśli masz kamerę w ręku, to jesteś niewidzialny), jednak opowiadana historia jest na tyle intrygująca, że ogląda się go z zaciekawieniem. I mimo tego, iż użyte do straszenia elementy są przewidywalne to dwa czy trzy razy podskoczyłem ze strachu (polecam oglądanie w ciemnym pokoju z mocno podkręconym dźwiękiem w telewizorze – wrażenia gwarantowane).  Denerwujące mogą być zakłócenia pracy kamer – oczywiście w filmie są wytłumaczone logicznie, ale miałem wrażenie, że chwilami tych zakłóceń jest po prostu za dużo. Efekty specjalne nie powalają, wygląda to wszystko jak prawdziwie amatorski film. Gra aktorów ani nie zachwyca, ani nie przeszkadza. „Ranczo Skinwalker“ nie jest produkcją z najwyższej półki, to typowy średniak, ale daje kilkadziesiąt minut niezłej rozrywki, a niejednoznaczne zakończenie pozwala na wiele domysłów z czym tak naprawdę mieli do czynienia bohaterowie. I wbrew temu jak to wygląda, to właśnie zakończenie ładnie wpasowuje się w indiańską legendę ścieżki Skinwalkera (która to historia spaja film) i tłumaczy wiele z wydarzeń jakie obserwujemy. „Ranczo Skinwalker“ nie do końca przekonał mnie do found footage, ale spowodował, że dam kolejnym takim filmom szansę. Wam też radzę dać szansę historii którą opowiadają twórcy, nawet jeśli filmowanie z ręki Was odrzuca.

Font Resize
KONTRAST
%d bloggers like this: