Jest rok 1983.

W moim domu rodzinnym nigdy nie brakowało książek… Brakowało czasami na książki, ale nie książek. Czasy były inne zupełnie – nie było takiego dostępu do wszelkiego rodzaju książek jak teraz. Na książki się wręcz polowało – pamiętam, że na przykład poszczególne tomy Pana Samochodzika znikały z księgarni w ciągu jednego dnia. Zaczytywałem się w tym czasie właśnie powieściami z serii Pan Samochodzik, książkami Bohdana Peteckiego, Broszkiewicza, cyklem o przygodach Tomka Wilmowskiego, powieściami państwa Centkiewiczów… i wieloma innymi, typowo młodzieżowymi historiami. Ale w 1983 roku, jako jedenastolatek, zupełnie przypadkiem kupiłem niczym nie wyróżniającą się książkę. Czarna okładka, z zaznaczoną niby bramą, spękaną ziemią, zachodzącym słońcem… wszystko – jak to w późnym PRLu – bezpłciowe, szare, niezachęcające do czytania. I jeszcze ten tytuł, na którym do dziś można sobie język połamać. Zew Cthulhu. I Autor, o którym nigdy nie słyszałem… Howard Phillips Lovecraft. Dziś to wydanie kultowe, siedem historii w tłumaczeniu Ryszardy Grzybowskiej ze wstępem Marka Wydmucha. Ale wtedy, dla pełnego niewinnych fantazji i wyobrażeń jedenastolatka to było po prostu kolejna książka do przeczytania. Skąd mogłem wiedzieć?…

Przyznam szczerze – dwa pierwsze opowiadania: Zew Cthulhu i Widmo nad Innsmouth nie zrobiły na mnie wrażenia. Po prostu ich wtedy nie zrozumiałem, język, tematyka – to było czymś obcym dla chłopca wychowanego na nienagannym języku Alfreda Szklarskiego. Również poziom fantazji i grozy, zawarte w tych historiach wymykał się mojemu rozumkowi. Owszem – czytałem wcześniej fantastykę np. Verne’a czy Umińskiego, ale Przedwieczni Bogowie, kultyści, zakazane miasta? To było coś nowego, trudnego do zrozumienia. I już miałem odłożyć na półkę z książkami Zew Cthulhu, ale postanowiłem, że jeszcze jedna historia… To było opowiadanie Kolor z przestworzy. I wszystko się zmieniło. Jeszcze nigdy nic co przeczytałem nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak opowieść o zagładzie, jaką sprowadza niezwykły obiekt, z zamkniętym w sobie nieziemskim kolorem. Nie opowiem Wam fabuły, bo może jeszcze ktoś nie czytał, ale surowość opisów w tym opowiadaniu, jego tematyka, ładunek strachu, jakie w sobie niosło spowodowały, że już zawsze będę lubił dobre horrory, a jednocześnie niespokojnie spoglądał w odsłonięte gwiazdy na bezchmurnym, nocnym niebie. I ja wiem, z perspektywy czasu, że Kolor z przestworzy to nie jest szczególnie wybitne opowiadanie. Nie najlepsze H.P.Lovecraft’a. Ale dla mnie to kamień milowy w tym co przeczytałem w życiu.

Potem szukałem czego tylko się dało o Necronomiconie, odwiecznych Bóstwach. Grałem w grę fabularną, wymyślałem i prowadziłem sesje oparte na uniwersum HPL. Do dziś darzę wielkim sentymentem twórczość tego Autora. I tak – przeczytałem większość dzieł H.P.Lovecrafta wydanych w Polsce. Teraz na przykład Wydawnictwo Vesper robi bardzo dobrą robotę, wydając opowiadania w nowym przekładzie, którego dokonał Maciej Płaza.  Nowe wydanie ukazało się także od wydawnictwa Zysk i S-ka. Nie można też zapomnieć o wydawnictwie C&T, które pośród pozycji z klasyki grozy przypomina także H.P.Lovecrafta.

Sam nawet popełniłem opowiadanie inspirowane mocno twórczością H.P.L. Ukazało się ono w szóstym numerze nieistniejącego już miesięcznika SFera. Dziś już wiem bardzo wiele o historiach Samotnika z Providence… ale nigdy nie zapomniałem wrażenia, jakie wywarł na mnie Kolor z przestworzy wtedy, w 1983 roku, kiedy byłem jeszcze nieskażonym horrorem, małym człowiekiem, nie zapomnę jak bardzo się wtedy wystraszyłem i… zachwyciłem. Zachwyciłem tym, że istnieje gatunek literatury, który potrafi tak złapać człowieka za gardło, tak zawładnąć wyobraźnią, wywołać tak silne uczucia… I od tego czasu zaczęła się moja przygoda z horrorem. Do dzisiaj bardzo ten gatunek lubię. Ale ciężko już mi znaleźć coś takiego, co sprawi, że poczuję takie emocje, jak przy pierwszym spotkaniu z Kolorem z przestworzy… W sumie tylko jedna jeszcze powieść i jeden film wywołały takie emocje u mnie… ale to już na inną opowieść historia.

A Wy? Pochwalicie się jaka powieść, opowiadanie, film zrobiły na Was takie niezatarte wrażenie?

A w bonusie, opowiadanie ze SFery, o którym pisałem wyżej… Miłej lektury 🙂

Bogdan Ruszkowski

NOC, GDY PRZYBYŁ.

List sir Richarda Donahue z Vithouse do Malcolma Swift’a

Vithouse, 7.05.1894 r.

 

Drogi mój Przyjacielu!

W swym ostatnim liście zapytujesz mnie o owe wydarzenia, tak szeroko komentowane przez prasę brukową. Pytasz mnie, czyż prawdą jest to co opisują, a co jakoby wydarzyło się owej pamiętnej nocy. Z tonu Twego listu wynoszę, iże bardzo krytycznie do owych sensacji jesteś nastawion. Niepotrzebnie.

Ja także czytałem owe historie w gazetach. Lecz to, co napisały te nędzne dziennikarzyny, żywiące się ludzkim upodleniem i nieszczęściem, niczym jest w obliczu tego co wydarzyło się naprawdę i co dzieje się nadal. Choć znasz mnie jako człowieka na wskroś uczciwego i prawdomównego to śmiem wątpić, iże uwierzysz w mą opowieść. Zaklinam Cię jednak! Wszystko co tu napiszę jest najświętszą prawdą i wcale nie oszalałem, tak jak będziesz sądził, czytając moje słowa.

Owe wydarzenia zaczęły się wieczorem, 17 stycznia obecnego roku. Siedzieliśmy w pubie wraz z szanownym sir Arturem Bounte i wielebnym pastorem O’Riley, Panie niech spoczywa w pokoju. Spotykaliśmy się tu niemal każdego wieczoru, prowadziliśmy długie dysputy i raczyliśmy się opowieściami z dalekich podróży lub po prostu rozmawialiśmy o naszych sąsiadach. W historiach z dalekich wypraw prym wiódł sir Artur, o którym pisałem Ci we wcześniejszych swych listach. Doprawdy Malcolmie, trudno było się oderwać od jego wspaniałych historii o zaginionych na pustyni miastach, o tajemniczych ludach mieszkających w puszczach Afryki. Opowieści pełne tajemnic, czasem smutne, czasem wesołe. Myślę, że wiele z nich sir Artur ubarwiał, aby sprawić nam przyjemność, jednak mnie to nie przeszkadzało. Wiele razy wraz z pastorem zaśmiewaliśmy się do łez, na przykład z historii o tym, jak sir Artur pokonał za pomocą lustra kilkunastu uzbrojonych w dzidy dzikusów, czy też jak ukradł pewnemu maharadży ulubionego rumaka, po to tylko by udowodnić spryt i odwagę prawdziwego Anglika. Wspaniałe były owe opowieści.

Tego tragicznego wieczoru nie było jednak żadnych opowieści. W on czas rozmawialiśmy o demonach. Pastor tłumaczył nam iż demony to jeno wymysł biblijny, aby nastraszyć pogan i spowodować, by zbłąkane owieczki chętniej przyłączyły się do stada Najwyższego Pasterza. Bóg, w swej miłości, nie mógł stworzyć czegoś takiego jak demony, czegoś złego. „Demony siedzą w ludziach” tłumaczył nam pastor. Sir Artur gwałtownie oponował. Stwierdził, iż demony to istoty z krwi i kości, równie realne, jak my sami.

Pastor i sir Artur często nie zgadzali się w poglądach i spory między nimi nie należały do rzadkości, ba, stanowiły sprawę tak normalną, jak to iż Słońce wschodzi i zachodzi. A jednak spór ów dziwną i niezrozumiałą zaciekłość u obu wywołał. Wreszcie sir Artur zaproponował wielce wzburzony, by udać się do jego posiadłości, gdyż tam ma dowód na prawdziwość swoich słów. Pastor i ja zgodziliśmy się ów dowód obaczyć i ruszyliśmy do domostwa sir Artura. Mimo iż początkowo owe dziwne zacieklenie u przyjaciół wywoływało u mnie uśmiech pobłażania, to jednak kiedy zbliżaliśmy się do celu naszej nocnej wędrówki, poczułem jak żelazna obręcz strachu oplata moje serce.

            Kiedy dotarliśmy do domu sir Artura było już dobrze po północy. Weszliśmy do salonu, a gospodarz opuścił nas na chwilę. Kiedy wrócił, niósł w dłoniach jakąś starą księgę. Opowiedział nam, że ową księgę dostał pewnej nocy w Egipcie, kiedy to w jego obozie u stóp piramid pojawił się nieznajomy Arab. Arab ponoć podarował mu tę właśnie księgę, mówiąc, że zawiera ona tajemnice starsze niż czas. Rankiem nieznajomego już nie było i nikt go później nie widział. W trakcie tej opowieści oczy sir Artura zapłonęły jakimś niezwykłym blaskiem i doprawdy, mój przyjacielu, poczułem prawdziwą trwogę.

            Co do samej księgi. Jej tytuł brzmiał „Necronomicon”. Oprawiona była w czarną skórę, która zdawała się oddychać, jako żywa istota. Kiedy dotknąłem księgi, przysiągłbym, że poczułem słabe tętno, puls czy bicie serca. Jakież piekielne serce mieć musiała owa rzecz… cóż ja mówię, ona sama starsza być musiała niżli piekło.

            Sir Artur otworzył księgę i pochłonęło nas szaleństwo. Naszym przerażonym oczom ukazała się rycina, kreski proste, lecz o ogromnej mocy. Zaledwie na nią spojrzałem krzyknąłem do sir Artura, by zamknął księgę. Pastor także krzyczał. „To niemożliwe, diabelskie sztuczki jeno” tak krzyczał pastor. A potem… Mgła szaleństwa zaćmiewa mój umysł… Pastor dotknął ryciny. I wtedy się zaczęło.

            Jako, iż teraz właśnie zaczyna się najbardziej szaleńcza część mej opowieści, proszę Cię, Przyjacielu, byś zrozumiał jedną rzecz. Nie ma słów w ludzkiej mowie, by oddać tę grozę. Nie potrafię opisać Ci owej nieszczęsnej ryciny. Przedstawiała ona dwie Bestie splecione ze sobą w powietrznym pojedynku. Kształty owych Istot… były wstrętne, zdawało się, że żyją na owej rycinie i zmieniają się nieustannie. Lecz nie to było najgorsze. Najgorsza była nienawiść, jaka biła z owych, prostych zadawałoby się, kresek. Nie potrafię tego opisać, a nawet gdybym mógł, to nie chcę w obawie o Twe zmysły. Przejdę do dalszych wypadków, chociaż uwierz mi, Przyjacielu wolałbym, by nigdy nie nastąpiły. Jak już rzekłem, pastor dotknął owej ryciny.

            Dotknął, krzycząc jakieś egzorcyzmy. Z księgi buchnął płomień i ogień objął dłoń pastora. Ten nie zważał na to, dalej wywrzaskiwał swoje „Apage Satanas”, nawet wtedy, gdy płomienie paliły całe jego ciało. Sir Artur śmiał się jak szalony, a ja zataczałem się niczym w pijackim zwidzie. Pastor upadł na podłogę, a smród spalonego ciała rozszedł się po całym salonie. Nagle ujrzałem, że na dworze zrobiło się całkiem widno, niczym za dnia. Chwiejnym krokiem podszedłem w stronę okna i wyjrzałem na zewnątrz. Niebo właśnie się rozstępowało i całą ziemię spowiło szmaragdowe światło.

            W górze dwie Bestie, jak na owej przeklętej rycinie, toczyły śmiertelny pojedynek. Słyszałem łopot olbrzymich, niby nietoperzowatych skrzydeł, uderzenia potężnych dziobów i odgłosy kości łamanych w uściskach potężnych macek. Jakimś sposobem owe Bestie wydostały się z księgi. Po krótkiej walce jedna z tych Istot zakrzyczała tryumfalnie i za pomocą szponów, macek, odnóży i dziobów rozerwała drugą na strzępy. To właśnie był ów „krwawy deszcz” o którym pisano w brukowcach. Zwycięska Istota spojrzała jeszcze w moją stronę, a potem odleciała w stronę gór. Jej spojrzenie odebrało mi resztki zmysłów. Upadłem bez czucia na podłogę. Taka oto jest prawda o owej nocy.

            Kiedy rano ocknąłem się ciało pastora dopalało się. Sir Artur siedział w fotelu przy kominku i mówił coś do siebie. A księga… księga zniknęła i nikt tu jej nie widział od tej pory. Na koniec jeszcze powiem Ci tylko, Przyjacielu, że sir Artur, umieszczony w tutejszym sanatorium dla ludzi obłąkanych, do końca nie odzyskał zmysłów. Piszę do końca, bowiem zniknął z owego sanatorium trzy dni temu. Tu, w Vithouse, zniknęło bez śladu od czasu owej Nocy wiele osób. Bestia ma swe gniazdo gdzieś w górach i coraz częściej wychodzi nocami na żer.

            Przyjacielu mój drogi! Chcę się z Tobą pożegnać. Wiem, że owa Istota przyjdzie po mnie wkrótce. Już nigdy się nie zobaczymy. Zaklinam Cię na wszelakie świętości, nie przyjeżdżaj do Vithouse i nie szukaj nigdy owej księgi przeklętej… My, ludzie, jesteśmy dla Starszej Rasy, owych bóstw sprzed stworzenia Ziemi, niczym kurz albo mrówki. Lepiej zatem nie zwracajmy na siebie ich uwagi, bo czeka nas los takiego właśnie natrętnego owada, którego, bez chwili wahania, zgnieciesz jednym palcem.

 Żegnaj,

Twój na zawsze, Richard.

P.S. Powiedz innym, może jeszcze nie jest za późno.