Opowiadanie: Tajemnica dworcowa

Bogdan Ruszkowski. Tajemnica dworcowa

           Na Dworcu Centralnym panował chaos. Nie dość, że remont, który planowano na pół roku, przeciągał się w nieskończoność, zmiana rozkładu jazdy spowodowała zamieszanie w odjazdach pociągów, to jeszcze teraz to. Marek Konarski patrzył na elektryczną lokomotywę której przód pokryty był rozbryzgami krwi. Maszynista zaklinał się, że jest trzeźwy i że nie widział, co wpadło pod pociąg. Sądząc po jego oddechu – faktycznie mógł nie widzieć, co wpadło pod koła – trzeźwy to chyba dawno nie był. Wszystko świadczyło o tym, że rozegrała się tu tragedia. Nie było tylko zwłok. Konarski zastanawiał się, cóż takiego mogło przeżyć zderzenie z pociągiem wjeżdżającym między perony. Jeden z policjantów podszedł do niego.

– Nic tam nie ma inspektorze – zameldował.

Konarski rozejrzał się. Na miejscu zdarzenia zebrał się tłum pasażerów. No tak – pociągi nie wjeżdżały ani nie odjeżdżały, póki nie skończą tutaj. Marek patrzył w tłum, który szemrał coraz głośniej. Wzruszył ramionami. Wyglądało na to, że nie ma tu już czego szukać. Z drugiej strony nie dawało mu spokoju pytanie gdzie podziały się zwłoki nieszczęśnika, którego krew była na lokomotywie. Skinął na towarzyszącego mu policjanta:

– Zatrzymajcie go na dołku niech wytrzeźwieje – wskazał na maszynistę.

– Ale panie władzo kochanieńki, za co. Przecież trzeźwy jestem jak niemowlę…–

– Jazda z nim – Konarski przerwał tłumaczenia maszynisty. Już po chwili dwóch policjantów prowadziło opierającego się maszynistę. Konarski patrzył przez chwilę za nimi po czym powiedział cicho do krótkofalówki:

– Zbyszek, zbieramy się stąd chyba. –

– Jasne – zaskrzeczało w głośniku. – Pełno tu syfu, gumek, butelek po sikaczu, śmierdzi jak w chlewie. Ale żadnego truposza. – Zbyszek dowodził grupą przeszukującą tunele które ciągnęły się do dworca od strony Wisły.

Konarski uśmiechnął się pod nosem – taki elegancik jak Zbyszek musiał bardzo przeżywać szukanie trupa w tym syfie. Chociaż – niejednego trupa, w niejednym syfie już razem szukali. Popatrzył jeszcze raz w tłum myśląc, kto z tych ludzi widział moment wypadku. I wtedy zobaczył tego mężczyznę…

            Bezdomny próbował uciekać, ale Konarski złapał go za ramię i zatrzymał. Włóczęga był stary i śmierdział tak bardzo, że Konarskiemu na chwilę zabrakło tchu. To co mu się rzuciło w oczy to paniczny strach, który widać było na twarzy bezdomnego. I to mimo brudu, strupów i gęstej, skundlonej brody. Musiał stłumić odruch który nakazywał mu wytrzeć dłoń – ubranie mężczyzny aż kleiło się z brudu.

– Ja nie wiem. Ja nie widziałem – wymamrotał bezdomny.

Konarski zastanowił się przez chwilę. Mógł spłoszyć jedynego świadka i dlatego zdecydował się na  uprzejmość, a nie siłę.

– A może postawię panu kawę i na spokojnie pogadamy? – spytał bezdomnego. Ten spojrzał się na niego i pokazując czarne resztki zębów uśmiechnął się jakimś dziwnym grymasem.

– A gdzie mnie na kawę wpuszczą? – spytał. – Ale napiłbym się czegoś ciepłego.–

„Realista” pomyślał Konarski.

– Faktycznie – powiedział na głos. – Do McDonalda na kawę to nas raczej nie wpuszczą. Ale jeśli pan na mnie poczeka to coś zorganizuję.–

Zeszli z peronu we dwóch i przeszli do McDonalda w podziemiach dworca. Wszędzie dookoła biegali ludzie, pochłonięci swoimi sprawami, spieszący się nie wiadomo dokąd. Konarski zamówił kawę i przez szybę patrzył, czy czasem jego bezdomny nie ulotni się. Ale nie. Czekał na niego pod betonowym filarem, a ludzie go mijali, marszcząc nosy i przyśpieszając by jak najszybciej oddalić się od tego źródła smrodu. „Zupełnie jakby bezdomność był zaraźliwa” pomyślał Konarski i żal mu się zrobiło tego nieznajomego biedaka. Kto wie jakie koleje losu sprowadziły go tutaj – na ten największy dworzec Warszawy  – na największy skurwidołek stolicy.

            Wyszedł z kawą, podał tekturowy kubek bezdomnemu. Ten pił szybko, łapczywie, nie zwracając uwagi na to, że napój jest gorący. Marek zastanawiał się jak to rozegrać, jak dowiedzieć się czego boi się ten brudny mężczyzna. Postanowił nie owijać w bawełnę:

– Co tam się stało? – spytał.

Bezdomny spojrzał na niego i widać było, że waha się co powiedzieć. Pociągnął jeszcze łyk kawy i cicho powiedział:

– Przyszli po niego. Przychodzą nocą… nikt im nie ucieknie…Przyszli po Kozeja, a on chciał im uciec… ale nie uciekł daleko, ten pociąg, a potem go zabrali… – mówił coraz bardziej chaotycznie.

– Kto go zabrał?

Ale mężczyzna już nie słuchał. Rozglądał się dookoła ze strachem w oczach.

– Kto go zabrał? – zapytał ponownie Konarski.

Bezdomny tylko głośno zawył, rzucił tekturowym kubkiem z resztką kawy i uciekł. Marek patrzył za nim chwilę, nie mogąc się zdecydować czy go gonić, ale wzruszył tylko ramionami. „Wariat” pomyślał. Z tym, że krew na lokomotywie była prawdziwa. A ofiary nie znaleziono. I to nie dawało Konarskiemu spokoju.

***

Było już dobrze po trzeciej nad ranem. Kroki samotnego mężczyzny rozbrzmiewały głośno w hali dworca. Zazwyczaj o tej porze był on zamknięty, ale Marek Konarski jako klucza użył swej legitymacji służbowej. Owszem, to idiotyzm, tłumaczył sam sobie, ale sprawa braku ofiary nie dawała mu spokoju. Zszedł na peron.

– Halo – ktoś za nim zawołał.

Odwrócił się i widząc dwóch znudzonych ochroniarzy machnął im legitymacją. Oodeszli niepewnie.

– Dobry wieczór – Marek postanowił popytać, czy czegoś nie zauważyli

– Dobry – odpowiedział starszy z ochroniarzy

– Spokojna noc? –

– Jak zwykle – wzruszył ramionami starszy mężczyzna

– I nic nie widzieliście? Zawsze tutaj taki spokój nocą? –

Ochroniarze popatrzyli po sobie

– Zawsze. Wiesz pan, na noc te brudasy chowają się gdzie popadnie, bo inaczej wypierdol z dworca by dostali tylko –

–Wypierdol? –

– No tak się mówi tylko. Mamy obowiązek wyłapywać bezdomnych i wyprowadzać z dworca. W końcu to nie schronisko. –

– No tak. A gdzie się chowają ci bezdomni?

– Różnie – wtrącił młodszy z ochroniarzy. – Na ogół w tunelach urzędują. –

– W tunelach? –

– Ano w tunelach. Ciepło tam mają, na głowę nie pada. –

– Cicho już młody – burknął starszy. – A pan władza to co tutaj tak po nocy? –

– Zwłoki mi zginęły. –

– Zwłoki? Zginęły? – spojrzał z całkowitą bezmyślnością na twarzy – Aaaa… ten rano wypadek. –

– Tak, ten właśnie wypadek. –

– I nic żeście nie znaleźli? –

Marek milczał.

– No tak… znaczy my nic nie wiemy. Nasza zmiana o dwudziestej czwartej się zaczęła. Nic nie wiemy. –

Konarski westchnął. Pomyślał, że dobrze byłoby tych ochroniarzy przesłuchać. Ale po co, błysnęła kolejna myśl.

– Ja się rozejrzę trochę – stwierdził.

– W tunelach? –

Czy w głosie ochroniarza wyczytał niepokój? „Nie, chyba mi się wydawało” uspokoił sam siebie.

– W tunelach też.–

– Pan uważa na siebie. Niby ruchu nie ma o tej porze, ale w tunelach o wypadek nietrudno.–

– To groźba? –

– Ostrzeżenie tylko. –

            Już bez słowa odeszli, a Marek zastanawiał się jeszcze chwilę nad tym co usłyszał. Rozejrzał się po peronie, po czym odwrócił się i poszedł do zejścia w tunele.

            Tunel robił makabryczne wrażenie. Oświetlony brudnymi żółtymi lampami tonął w półmroku. Marek ruszył naprzód, uważnie patrząc pod nogi. Dookoła pełno było śmieci, papierowych i plastikowych torebek, gdzieniegdzie leżała zużyta prezerwatywa, w kilku miejscach zaschnięte ludzkie gówna. Konarski jeszcze raz się uśmiechnął na myśl, że rano elegancik Zbyszek się w tym syfie babrał. Nie wiedział, czego szuka i z każdym krokiem coraz bardziej irracjonalna wydawała mu się ta nocna eskapada. Do momentu kiedy spojrzał przed siebie i zobaczył ciemną sylwetkę znikającą w ścianie tunelu.

            Zatrzymał się gwałtownie. „To musiało być złudzenie” pomyślał. Powoli podszedł do miejsca gdzie, jak mu się zdawało, kogoś widział. W ścianie tunelu była wnęka. Skojarzył, że to musi być łącznik między tunelami. Zaświecił latarkę, którą przezornie zabrał ze sobą. We wnęce było zupełnie ciemno. Wszedł do środka, przyświecając sobie latarką. Jej światło, mimo iż mocne, ledwo rozświetlało ciemność. Zrobił kilka kroków i znalazł schodki prowadzące w dół. Mimo, iż tego popołudnia poczytał trochę o kolejowych tunelach Dworca Centralnego, to nie kojarzył, by gdzieś było napisane o schodkach w dół. „Chyba, że” przemknęło mu przez myśl „to przejście do tunelu technicznego”. Tunel techniczny, pełniący rolę pomocniczą w trakcie budowy ponoć został zasypany po ukończeniu dworca. Jak to się stało, że miał przed sobą schodki w dół?

            „Powinienem rano z ekipa tutaj przyjechać” pomyślał. Ale postanowił chociaż zobaczyć, czy schodki rzeczywiście dokądś prowadzą, czy kończą się ślepo. No i była jeszcze kwestia postaci, która widział. Odpiął kaburę ze służbowym pistoletem. Zaczął schodzić w ciemność.

            Schodków było kilkadziesiąt. Kończyły się w takiej samej wnęce w jakiej się zaczynały. Konarski przeszedł kilka kroków i poczuł na twarzy powiew powietrza. „Czyli jednak tunel nie był zasypany”. Ciemność dookoła była niemal namacalna, a latarka niewiele pomagała. „Wrócę rano” pomyślał Marek. I wtedy w ciemnościach zobaczył dwa czerwone światełka. Oddalone od niego punkty światła wisiały na wysokości oczu człowieka. Skierował promień latarki w ich stronę, ale niewiele więcej mógł zobaczyć. A światełka ruszyły w jego stronę. 

– Stój – krzyknął, wyciągając pistolet z kabury.

W tej samej chwili za sobą usłyszał ruch. Odwrócił się gwałtownie. Postać stojąca za nim miała ludzki kształt, ale oczy świeciły na czerwono. „Noktowizor” zdążył jeszcze pomyśleć Konarski, zanim silny cios w skroń nie pozbawił go przytomności.

***

            Ocknął się w jasnym pomieszczeniu. Wzrok mu wracał powoli, ale czuł dyskomfort i ból. I zimno. Skonsternowany stwierdził, że jest całkiem nagi. Dłonie miał związane ze sobą, i na nich wisiał. O zimną posadzkę opierał się czubkami palców u stóp. Wszystko go bolało, ale najgorsza była niewiedza. Co się stało? Gdzie jest? Do pomieszczenia wszedł mężczyzna w czarnym stroju. Na głowie miał zsunięty z oczu noktowizor. Kiedy dostrzegł, że Marek się ocknął zawołał coś w obcym języku. Jak dla Marka brzmiał jak jakiś arabski, albo coś.

            Na okrzyk obcego do pomieszczenia wszedł starszy, siwy mężczyzna w białym fartuchu. W dłoniach trzymał wielki rzeźnicki nóż. Powiedział coś w tym arabsko brzmiącym języku i obaj roześmiali się gardłowo. Turecki, uświadomił sobie Konarski, to turecki, a nie arabski. Miał taka zaprzyjaźnioną budkę z kebabem niedaleko komendy, więc turecki język już słyszał.

– Co tu się dzieje? – przez wysuszone gardło z trudem wydobył słowa.

Siwy znowu powiedział coś, co rozbawiło faceta ubranego na czarno. Potem podszedł do Konarskiego, patrząc na niego jak na połać mięsa. Olbrzymi rzeźnicki nóż wbił prosto w brzuch policjanta.

– Dobre mięso – powiedział łamaną polszczyzną do policjanta, który z niedowierzaniem patrzył jak krew tryska z rany, prosto na  zimną posadzkę. Nie bolało. Przynajmniej do momentu, kiedy stary, siwy Turek nie zaczął go fachowo patroszyć. Wtedy Konarski zaczął przeraźliwie wrzeszczeć. Nie trwało to jednak długo…

***

            Na pustym o tej porze nocy peronie stukot butów dwóch ochroniarzy brzmiał głucho. Szli w milczeniu, zamyśleni.

– Myślisz, że już po nim? – spytał młodszy z ochroniarzy.

Starszy tylko wzruszył ramionami. Przemknęło mu przez myśl, że może trzeba by się wycofać z interesu. Ale, do kurwy nędzy, comiesięczne łapówki były większe, niż roczne zarobki w firmie ochroniarskiej. A, że od czasu do czasu jakiś brudas znikał w tunelach? I tak były to mędy, nieprzydatne społecznie. Szkoda tego gliniarza, ale po co po nocy węszył na ich terenie.

– Pewnie po nim – odpowiedział młodszemu. – Tak to jest jak się wtrącasz w gówno, które cię przerasta. –

– Jak myślisz, co oni tam na dole? – dopytywał młodszy.

– Nie wiem, kurwa, młody co ja jestem, wyrocznia? – zirytował się starszy. – Płacą żeby mieć spokój na dole no i git.–

Młodszy ochroniarz spuścił wzrok, jakby zawstydzony.

Starszemu zrobiło się głupio.

– Nie wiem co tam robią – mruknął. – Ale dam ci dobrą radę. –

Młodszy spojrzał na niego.

– Nie jedz kebabów w tej okolicy. –

 

 

Font Resize
KONTRAST
%d bloggers like this: