Opowiadanie: Sen

Za oknem jest ciemno, wiatr uderza w szyby mocnymi podmuchami. Siedzę przy dogasającej świecy i piszę ostatnie słowa w mym życiu. Piszę po to, aby Was ostrzec. Mój koniec zbliża się nieubłaganie, a Wasz wraz z nim… Zbyt długo uciekam przed Nim. Już piąty dzień bez snu. A kiedy usnę, On będzie już czekał przy Bramie. I tym razem nie ucieknę. On zabrał mi część duszy… Wyrwał mi strzęp duszy i to powoduję, że WIDZĘ…

Moim przekleństwem było to, że chciałem być kimś wielkim. Kiedy w czerwcu 1870 roku ukończyłem Akademię Medyczną w Vithouse chciałem uszczęśliwić ludzi i odkryć coś naprawdę wielkiego. Postanowiłem zbadać istotę snu. Sen jest lekarstwem – mówiono nam na uczelni. Ale jak to się dzieję, że jedną trzecią życia spędzamy na sennych marzeniach – tego nikt nie potrafił nam wytłumaczyć.

Wiele lat straciłem na bezskuteczne próby wyjaśnienia tego zjawiska. W szpitalu obserwowałem ludzi śpiących pod wpływem eteru, ludzi w śpiączce, spisywałem sny swoje i swoich pacjentów… i nic. Nie było reguły. Wiele miesięcy prowadziłem badania w bibliotekach, studiując wszystkie dostępne dzieła na temat snu, zarówno te naukowe, jak i zakazane dzieła magów, hipnotyzerów… Prowadziłem liczne dyskusje i korespondencję na ten temat. I właśnie w liście z Indii, pięć dni temu przysłano mi przepisany fragment jakiejś księgi, dotyczący snu. Nie wiem kto przesłał mi ten fragment., na kopercie nie było imienia ani nazwiska nadawcy. Teraz wiem jednak, że był to fragment z przeklętej księgi „Necronomicon”, spisanej przez szalonego Araba, zawierającej tajemnice Starszych.

Nieroztropności! Czemu wypowiedziałem głośno transkrypcję, tak jak napisano w księdze. Przed snem miałem wypowiedzieć owe słowa, a potem, już we śnie, przejść przez Bramę.

Sen przyszedł szybko, ale był inny. Taki realny… Stałem na łące, wiatr wiał mi w twarz. Wysoka trawa falowała na wietrze niczym morze. Po niebie płynęły ciemne chmury. Daleko przed sobą ujrzałem iskierkę światła. Pomyślałem, że jeżeli to jest Brama, to nie dojdę tam w czasie trwania snu. Zrobiłem jeden krok, a światło przybliżyło się do mnie, tak jakbym przeszedł wiele kilometrów. Po dziesięciu krokach stałem już przy Bramie.

Była to bardzo prosta budowla. Dwa słupy z nieznanego mi materiału. Obszedłem je dookoła, przyglądając się nieznanym znakom, podobnym do hieroglifów. Postanowiłem przejść pomiędzy słupami, nie bardzo wierząc w to, iż coś się stanie. Kiedy przeszedłem…

Nagle znalazłem się w zupełnie innym miejscu. Potężne bloki czarnego, błyszczącego kamienia tworzyły zapierające dech w piersiach, monumentalne ruiny. W ich zarysie mogłem dostrzec miasto, miasto gigantów, nienazwanej rasy… Jakież gigantyczne były mury tego Zapomnianego Miasta, jak wielkie jego budowle…! Przy nich piramidy to jedynie dziecinne igraszki, budowle z kart.
Szedłem ulicą tego miasta, oszołomiony i przytłoczony. Dookoła panowała głucha cisza, okna budowli świeciły pustkami. Poczułem jednak, że ktoś mnie obserwuje. Na tym cmentarzysku dawno zapomnianej rasy. odwróciłem się. I wtedy Go zobaczyłem.
Był młodym, przystojnym mężczyzną o kruczo czarnych włosach, w czarnym płaszczu. Uśmiechał się do mnie gdy podchodził, ale kiedy zajrzałem w jego czarne oczy, zimne i twarde jak czarne diamenty, wiedziałem, że Jego dusza także jest czarna.
– Witaj – głos miał cichy i melodyjny, ale czaiło się w nim Zło, które zdawało się przeczyć powitaniu. – Witaj. – powtórzył.

Nie miałem sił się odezwać.

– Przyszedłeś poznać Tajemnicę – stwierdził. – Widzisz, to proste. Ja jestem Tajemnicą. Jestem Władcą Snu. To ja sprowadzam sny dla ludzi. A to co widzisz tu to moje więzienie – uśmiechnął się, ale w uśmiechu czaił się gniew.

Byłem jak sparaliżowany, a Władca Snu kontynuował.

– Tak. Więzienie. To Starsi Bogowie mnie tu uwięzili, kiedy zbuntowałem się przeciwko temu, kogo wy nazywacie Księciem Robaków. Od wielu tysięcy lat tkwię w tej przeklętej ruinie i wyglądam takich jak ty. Ciekawskich, tych co igrają z tajemnicami, które winny pozostać w ciemnościach eonów wieków.
Nie mogłem odpowiedzieć. Zło w Jego oczach hipnotyzowało mnie.
– Jeżeli zabiję tu tyle osób ilu jest Starszych Bogów to powrócę na ziemie… wrócę do prawdziwego świata, opuszczę to przeklęte miejsce – zaśmiał się, a mnie wydało się iż kamienne bloki pękają na dźwięk tego śmiechu.

Wtedy odzyskałem władzę nad swoim ciałem. Odwróciłem się i zacząłem uciekać w stronę Bramy. Za sobą słyszałem ohydne odgłosy. Coś jakby siorbanie, tupot nóg, ale nie ludzkich. Bałem się obejrzeć. Kroki, tupot wielu owadzich odnóży, odgłos metalu zgrzytającego po kamieniach. Dopadłem do Bramy i wtedy odważyłem się spojrzeć w tył…
Wtedy straciłem zmysły… ta … Istota… ona złapała mnie za ramię, kiedy rzuciłem się przez Bramę. To w tym momencie porwała moją duszę, lub jakiś jej strzęp…
Wyrwałem się z tego koszmaru, zaczerpnąłem głęboko powietrza i rozpłakałem się. Byłem w swoim własnym łóżku, ale… WIDZIAŁEM… Widziałem Go – stał za Bramą i… czekał. „Mam czas” zdaje się mówić „ty zaśniesz prędzej czy później”.

Przez pięć dni starałem się nie zasnąć… ale teraz to już koniec. Chcę Was tylko ostrzec. Jeśli we śnie zobaczycie Bramę – zaklinam Was na wszelkie świętości, nie przechodźcie przez nią! Któż może wiedzieć ilu naprawdę jest Starszych Bogów i kiedy ta Istota uwolni się z Zapomnianego Miasta… Ilu jeszcze ludzi musi umrzeć we śnie aby On mógł się wyrwać ze swej niewoli…

Jak boli. Oczy same już mi się zamykają…. dla mnie już jest za późno. Za swą ciekawość zapłacę cenę wyższą niż śmierć. Zapłacę Snem… Żegnajcie…

Ilustracja: Image by Stefan Keller from Pixabay

%d bloggers like this: