Opowiadanie: Niewłaściwy dzień

Bogdan Ruszkowski

NIEWŁAŚCIWY DZIEŃ

Mój ojciec zawsze powtarzał, że jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Odkąd pamiętam w moim rodzinnym domu nie było żadnych uniwersalnych narządzi. Każde narzędzie w warsztacie ojca służyło do jednej, konkretnej czynności. Mimo iż ojciec nie żył już od wielu lat, to jego życiowa zasada tkwiła głęboko w mojej świadomości. Dlatego wybrałem się do miasta po elektryczny nóż do krojenia zamarzniętego mięsa. W końcu po tych kilku dniach w zamrażarce zwłoki mojej żony to nic więcej jak zamarznięte mięso. A w świetle ostatnich wydarzeń, pokrojenie ich na drobne kawałki wydawało się koniecznością.
Właściwie to sam byłem sobie winien. Od tygodnia nie oglądałem telewizji, nie słuchałem wiadomości, nie czytałem gazet. Nie mieliśmy żadnych znajomych, przyjaciół, więc telefon milczał jak zaklęty. O niczym nie wiedziałem. Gdybym zdawał sobie sprawę z tego co się dzieje na świecie… Nie zabiłbym swojej żony. Ale cóż, taki mój pech. Wybrałem sobie niewłaściwy dzień na morderstwo.
Kiedy dziś rano włączyłem wreszcie telewizor i na wszystkich kanałach (sprawdziłem, bo z początku pomyślałem, że oglądam jakiś kiepski horror) nadawano te same wiadomości, postanowiłem jechać do miasta. Kupie ten cholerny nóż i zrobię porządek ze zwłokami. Z tym postanowieniem wsiadłem do samochodu i pojechałem do sklepu.
Nie znaliśmy dobrze sprzedawcy, pana Binky’ego. Nasze kontakty
ograniczały się do zdawkowego „dzień dobry”. Jednak wydarzenia jakie
rozgrywały się na świecie spowodowały, że pan Binky musiał się wygadać.
-Widział pan to? – spytał.
Przytaknąłem, myśląc jak go zniechęcić do dalszej rozmowy.
– No jak w jakimś pieprzonym horrorze – kontynuował, nie zwracając uwagi na moje milczenie. – Wszyscy ludzie z miasteczka już byli , wykupili prawie wszystko ze sklepu, wie pan, na zapas. Bo coś takiego trzeba przeczekać w domu. Zabarykadować się i strzelać do wszystkiego co się rusza. Ja też zaraz zamykam i idę do domu. A panu radzę zrobić to samo.-
– Ja poproszę tylko o nóż do krojenia mięsa – wpadłem mu w słowo.
Popatrzył na mnie jak na wariata:
– Nóż? –
– Tak. Taki na baterie, do mrożonego mięsa. –
– Do mięsa – powtórzył. Nad wargą miał kropelki potu. Był przerażony. A ja mu się nie dziwiłem. Właśnie kończył się świat. Ja też się bałem, ale myślami wracałem do zwłok w zamrażarce. Ciekawe czy jeszcze tam są?
Pan Binky podał mi nóż i, już nic się nie odzywając, przyjął gotówkę. Grzecznie podziękowałem, ale nie doczekałem się odpowiedzi. Kiedy wsiadałem do samochodu rolety antywłamaniowe w sklepie pana Binky’ego zaczęły się opuszczać. „To oznaka końca” pomyślałem „sklep zamykany w samo południe”.
Do domu podjechałem godzinę później. Rozpakowałem nóż, włożyłem baterię i sprawdziłem czy działa jak należy. Działał. Wyobraziłem sobie jak łatwo potnie zwłoki żony i uśmiechając się do własnych myśli zszedłem do piwnicy.
Zamrażarkę kupiliśmy rok temu. Była olbrzymia i kojarzyła mi się z grobowcem. Nie planowałem wtedy morderstwa, ale pomyślałem, że zmieściłby się nie jeden trup a kilka. Zszedłem po schodkach i przyjrzałem się tej nieszczęsnej zamrażarce. Górna pokrywa była podniesiona. A przecież zamknąłem ją, żeby ciało się nie zepsuło. No tak, mój pech dął o sobie znać po raz kolejny. Było już za późno.
O wszystkim co działo się przez ten tydzień dowiedziałem się rano z wiadomości. Podawano właśnie, że trupy zaczęły powstawać z grobów. Nikt nie wiedział czemu tak się działo. Jedyną pewną informacją było to, że nasi drodzy zmarli zachowywali się, jakby to powiedzieć, niewłaściwie. Na jednym z kanałów jakiś specjalista opowiadał przerażonym głosem, że to spełnienie wizji reżyserów horrorów. Nie wiem, nigdy nie lubiłem horrorów. Panika ogarnęła cały świat. Setki tysięcy zmarłych atakowało ludzi i wydawało się, że ich przysmakiem są świeże mózgi. Jedyną szansą na unieruchomienie żywego trupa było pocięcie go na kawałki. Dlatego był mi potrzebny porządny nóż. Chciałem zrobić porządek z trupem żony, zanim się ocknie. Ale spóźniłem się. Ona już czaiła się w pobliżu…
– Hej, gdzie jesteś! – zawołałem. – Cip, cip trupku. Chodź do mężusia.
Może mi się wydawało, ale w ciemnym kącie piwnicy coś się poruszyło.
– No chodź do mężusia, suko.
Miałem rację. Była tam, w kącie. Powoli wyszła z cienia. Nie wyglądała pięknie. Zamarznięta krew z rany na głowie szpeciła jej twarz. Cała była sina a w oczach miała pustkę. Ciało pokrywał szron. W końcu leżała kilka dni w zamrażarce.
– No i co? – spytałem.
Nie odezwała się.
– Dzięki ci, Boże za twe drobne łaski – stwierdziłem. – Wreszcie nie możesz mi nagadać. A wiesz, że przez twoje gadanie musiałem przyjebać ci szpadlem?
Ale pytanie było retoryczne. Na szczęście trupy nie gadają. Włączyłem nóż.
– No chodź kochanie – powiedziałem.
Ruszyła w moim kierunku. Kiedy była blisko zamachnąłem się nożem próbując trafić w jej gardło. Ale nie udało się. To ona zadała pierwszy cios. Poczułem jak jej paznokcie orają mój policzek.
– O żesz ty! – krzyknąłem i ponowiłem cios nożem. Znowu zrobiła unik, a potem skoczyła na mnie. Przewróciliśmy się. Żeby utrzymać ją z dala od twarzy musiałem puścić nóż.
– Jak żyłaś to też byłaś taką zimną suką – wychrypiałem. Tłukła rękami, orała paznokciami moją twarz, a ja czułem, że tracę siły. W końcu odgryzła mi dwa palce u dłoni. Poczułem lepką krew zalewającą mi oczy. Przez moment zdekoncentrowałem się i to wystarczyło. Dopadła do mojego gardła i zaczęła je rozrywać w szaleńczym tempie. Bolało – pewnie, że bolało. Ale tylko przez chwilę. Potem zacząłem zapadać się w ciemność. Byłem martwy.
***
Kiedy się ocknąłem czułem tylko głód. O tak, duży głód. Jak ja bym zjadł świeżego mózgu. Głód, głodny, głodny, jeść, jeść, jeść…

 

Obraz Yatheesh Gowda z Pixabay

%d bloggers like this: