Opowiadanie: Kroki

Bogdan Ruszkowski. Kroki

1.

– Świat się zmienia- powiedział staruszek, który właśnie wszedł do mojego biura. – Świat się zmienia i trzeba o tym wszystkim powiedzieć. –
– A i owszem, świat się zmienia, panie… –
– Lodzack. Alan Lodzack – odpowiedział staruszek.
– No właśnie panie Lodzack – ciągnąłem. – Ale przecież on się tak zmienia nie od dziś. Wie pan, komputery, internet, technika…-
Przerwał mi w pół zdania.
– Ja nie o tym. –
– A o czym? –
Westchnął. Miałem wreszcie okazje przyjrzeć mu się. Miał około osiemdziesięciu lat i wyglądał na twardego mężczyznę, który z niejednego pieca jadł chleb. Teraz najwyraźniej zastanawiał się od czego zacząć.
– No dobrze, panie reporterze. Opowiem panu całą historię – zaczął.
– Mam osiemdziesiąt trzy lata, ale nie mam alzhaimera. Jestem w pełni świadomy tego co mówię.-
Tak po prawdzie to ten alzhaimer przyszedł mi na myśl. Staruszek mówił dalej:
– Moja żona zmarła siedem miesięcy temu. Zostałem sam na tym świecie. Naprawdę nienawidziłem tej ciszy jaka panuje w pustym domu. Zacząłem spacerować. Chodziłem codziennie, a żeby czymś zająć myśli, zacząłem liczyć kroki. Od mojego domu do zakrętu McNella robiłem jakieś 7245 kroków, do farmy Dellów – 8347 kroków. Liczyłem trak dzień w dzień, ale dopiero po kilku tygodniach zorientowałem się. Zacząłem wszystko notować. I wyszło mi, że świat się kurczy… – przerwał swoją opowieść, jakby oczekiwał, że zarzucę go gradem pytań. Ale ja się nie odezwałem.
– No tak, kurczy się – zaczął opowiadać dalej. – Co pięć, sześć dni okazywało się, że robię coraz mniej kroków. Po dwóch miesiącach do zakrętu było 7180 kroków. Do farmy – 8280 kroków. Świat się kurczy. Teraz robię do zakrętu 7100 kroków a do farmy 8190. Dlatego postanowiłem przyjść do was. Wasza gazeta musi o tym napisać. Niech ludzie wiedzą. –
-Z czego to może wynikać – wpadłem mu w słowo. – To kurczenie. Jak pan myśli? –
– Jak to? – zdziwił się. – Koniec świata. Zbliża się koniec świata. –
Rozgryzłem go. To zwykły czubek. fanatyk co stoi i krzyczy: koniec jest bliski, nawróćta się ludziska…
– No dobrze panie Lodzack – wstałem od biurka. – Zacznę zbierać materiały, a jak już coś znajdę to dam panu znać. –
Wyciągnąłem do niego dłoń, dając do zrozumienia, że wizyta się skończyła. Wstał, ale nie podał mi swojej dłoni.
– Jak się pan skontaktuje, panie reporterze, skoro nawet nie zapisał pan mojego adresu czy telefonu? –
Bystry był jak na fanatyka religijnego. Ja jednak też miałem refleks.
– Proszę zostawić dane w recepcji – powiedziałem, uśmiechając się przy tym swoim specjalnym uśmiechem przeznaczonym dla wariatów. – Zawsze tak robimy, goście zapisywani są w recepcji.-
Nie uwierzył mi. Było to znać po wyrazie jego twarzy. Nie żegnając się podszedł do drzwi, otworzył je.
– Wie pan. ja pójdę gdzie indziej – to były jego ostatnie słowa.
“Najlepiej do psychiatry” cisnęło mi się na usta, ale się powstrzymałem. Wyszedł.
I wtedy zadzwonił telefon…
2.
Patrząc na zamykające się za staruszkiem drzwi podniosłem słuchawkę.
– Rick Martinez. Słucham.
– Cześć Rick – ryknął głos w słuchawce.
– Cześć Tom. – Tom był moim kumplem jeszcze z liceum.
– Rick, dalej zajmujesz się tymi parapsychologicznymi bzdurami? – spytał.
– Tak. Nadal i ciągle. – uśmiechnąłem się. Moje zainteresowania od dawna były obiektem jego drwin. Przecież był fizykiem – twardo i mocno stąpał po ziemi.
– A co, widziałeś może jakiegoś ducha? – spytałem.
– Nie, ducha nie – spoważniał. – Ale chciałbym ci coś opowiedzieć.
– No to wal –
– Nie, to nie jest rozmowa na telefon. Możemy się spotkać w naszej knajpie? –
– No tak. Za godzinkę, tam gdzie zawsze? –
– Dobra –
– A może szepnij choć słówko o co chodzi –
– Nie, nic takiego –
– A może chodzi o kurczenie się świata? – rzuciłem w słuchawkę.
Przez bardzo długą chwilę po drugiej stronie panowała cisza.
– Halo, Tom, jesteś tam? – spytałem.
Kiedy odpowiedział miał głuchy głos.
– U ciebie też była? –
– Kto? –
– Ta kobieta. –
– Nie wiem nic o żadnej kobiecie. Był u mnie przed chwilą… –
Wpadł mi w słowo
– Słuchaj, nieważne. Spotkamy się za godzinkę to mi opowiesz. –
I odłożył słuchawkę.
Byłem zaintrygowany. Nawet więcej – byłem bardzo zaintrygowany. Jeszcze nie spotkałem się z tym, żeby Tom miał jakieś tajemnice. A wszystko wskazywało na wielką tajemnicę. Ale czemu? Nie bardzo mogłem to pojąć.
3.
Półtorej godziny później zadzwoniłem do Instytutu.
– Chciałem rozmawiać z Tomem.-
– Przykro mi. Wyszedł na lunch.
– Dawno? –
– Godzinę temu.-
– Dziękuję? –
Byłem zniecierpliwiony i zdziwiony. Już od pół godziny czekałem na Toma, a on się nie pojawił. To było do niego niepodobne. Tom nigdy się nie spóźniał. Wyszedłem z restauracji i stanąłem, zastanawiając się co dalej. Gdzieś niedaleko wyła karetka. Nie myśląc wiele, kierowany dziennikarską ciekawością, ruszyłem w kierunku skąd dobiegało wycie syreny.
To wydarzyło się dwie przecznice dalej…
Samochód Toma poznałem tylko po numerze rejestracyjnym…
Nie było szans żeby ktokolwiek przeżył. Czarna limuzyna wbiła się w hondę Toma z siłą armatniego pocisku. Z obu wozów została tylko masa poskręcanego żelastwa. Cały teren wypadku został już otoczony żółtą taśmą, a dookoła wraków krzątali się policjanci. Chciałem podejść bliżej ale zatrzymał mnie funkcjonariusz. Nie pomogła nawet prasowa legitymacja.
Rozglądałem się dookoła, próbując zebrać myśli i otrząsnąć się z szoku. Wtedy zobaczyłem tę kobietę. Stała w pewnym oddaleniu od tłumu gapiów, którzy nie mogli przepuścić okazji aby sobie popatrzeć na cudzą tragedię. Kobieta ubrana była w czarną skórzaną kurtkę, włosy miała czarne, krótko obcięte a oczy przesłonięte okularami przeciwsłonecznymi. Podszedłem do niej.
– Czy pani znała Toma? –
Kiedy odpowiedziała zaskoczyła mnie gorycz w jej głosie.
– Jest dla was za wcześnie. Jeszcze nie jesteście gotowi. –
Po tych słowach odwróciła się i odeszła. Wprawiła mnie w takie zdumienie, że nie mogłem się ruszyć. Kiedy wreszcie zacząłem za nią biec zniknęła mi z oczu w tłumie przechodniów. Nigdy później jej nie spotkałem.
4.
Dwa dni po pogrzebie Toma dowiedziałem się czegoś nowego. Wszedłem akurat do redakcji. Na stole leżały zdjęcia. Człowiek na fotkach najwyraźniej padł ofiarą brutalnego mordu.
– Niezłe, nie – powiedział naczelny.
Nie mogłem wydobyć z siebie słowa. Naczelny wziął to chyba za dobra monetę.
– Facet wrócił do domu i nakrył włamywaczy. Ci go nieźle potraktowali. Sto siedem ciosów nożem – ciągnął naczelny. – Wyrwałem te fotki od naszej wtyki u glin. Temat na pierwszą stronę. A dzięki tym zdjęciom nakład podskoczy o jakieś sto tysięcy.
Był z siebie dumny. Faktycznie, nakład rósł wprost proporcjonalnie do ilości krwi na okładkowych zdjęciach. Wszyscy wiedzieliśmy, że im więcej mięcha i juchy tym więcej ludzi chce o tym czytać. Norma…
Tylko, że ja rozpoznałem tego człowieka na zdjęciach. Kilka dni temu mówił mi o kurczeniu się świata. To był ten staruszek…
5.
Zaczynam liczyć kroki…

 

Zdjęcie ilustracyjne: Gerd Altmann from Pixabay

 

 

%d bloggers like this: