O tym, za co uwielbiam Gwiezdne Wojny

Jest rok 1979.

Miałem wtedy siedem lat. Mieszkaliśmy na wsi, daleko od najbliższego miasta z kinem. Ale to nie przeszkadzało mojej Mamie, by zabierać nas do kina jak najczęściej. Jednym z seansów, jaki doskonale pamiętam, były Gwiezdne Wojny. Wtedy jeszcze bez podtytułu Nowa nadzieja – ten, wraz z numerem epizodu IV – został dodany w 1981 roku, kiedy już wiadomo było, że film na siebie zarobił i będą dalsze części. Dla siedmiolatka wtedy to nie miało znaczenia. Znaczenie miało to, że po Polskiej Kronice Filmowej (tak, tak, zamiast reklam jak dziś przed seansem każdym była Polska Kronika Filmowa, o której napiszę jeszcze kiedyś) na ekranie pokazał się napis Dawno temu, w odległej galaktyce… i rozbrzmiała niesamowita muzyka Johna Williamsa. Te 121 minut zmieniły moje zapatrywanie na świat. Dla dzieciaka, jakim wtedy byłem, ta feeria kolorów, dźwięków, akcji była oszałamiająca. Zakochałem się w filmach, w fantastyce, a Han Solo został moim idolem na długo 🙂 . Ale pamiętam, że wtedy w szkole wszyscy byliśmy albo Lukiem albo Hanem (chociaż jeden kolega chciał być Chewbaccą). I wszyscy biegaliśmy po szkolnych korytarzach z rozłożonymi ramionami, wydając z siebie dźwięki mające naśladować odgłosy X-Wingów… To musiało być wkurzające dla starszych roczników i nauczycieli 🙂 . Tworzyliśmy też swoje teorie na przykład, że miecze świetlne zabijają przez stopienie człowieka, że tylko ubrania po nim zostają (patrz scena pojedynku Dartha Vadera z Benem Kenobi). Szychą w szkole był ten, komu udało się zdobyć numer Świata Młodych ze zdjęciami z Gwiezdnych Wojen. Pamiętajcie – był rok 1979, nie było internetu, komórek – dostęp do jakichkolwiek informacji, zdjęć był niemal niemożliwy.

Na kolejne części Gwiezdnych Wojen też zabierała mnie i brata Mama (odwdzięczyłem się choć odrobinę, bo gdy tylko zaczęli grać Przebudzenia Mocy w 2015 roku tym razem ja zabrałem Mamę do kina). I nieustannie każda część robiła na mnie niesamowite wrażenie. Przyznam się, że kiedy do kina weszły odnowione wersje klasycznej trylogii to też na nie chodziłem do kina. Dlatego właśnie uwielbiam Gwiezdne Wojny. Przez nostalgię. Bo kojarzą mi się z beztroskim dzieciństwem. Bo chociaż dziś jestem dużo bardziej krytyczny, widzę wszelkie wady tej produkcji, to gdy tylko pojawiają się słowa Dawno temu, w odległej Galaktyce… i rozbrzmiewa muzyka Johna Williamsa budzi się we mnie to dziecko sprzed niemal czterdziestu lat…

Podobało się? Nie podobało? Zostaw jakiś ślad po sobie :)

Font Resize
KONTRAST