Tłumaczenie: Piotr Kuś, 669 stron. Wydawnictwo Zysk i S-ka, rok wydania 2011.

Ocena: 8/10

Na początek małe sprostowanie. „Król Mieczy” to nie jest ciąg dalszy debiutanckiej powieści Nick’a Stone’a „Pan Klarnet”. To raczej prequel tamtej powieści. Czyli można spokojnie przeczytać „Króla Mieczy”, a potem dopiero zabrać się za lekturę „Pana Klarneta”. Tak tylko gwoli ścisłości nadmieniam. A treść książki?

Miami, 1980 rok. To miasto nie jest rajem na Ziemi. Przemoc, narkotyki, przestępstwa – wszystko to jest na porządku dziennym. Akcja powieści przenosi nas właśnie do takiego pokręconego, mrocznego świata. Tutaj nic nie jest czarne, nic nie jest białe. Prawo i przestępczość łączą się ze sobą w tańcu pełnym korupcji, zdrady, fałszywych przyjaciół, mentorów. Muszę powiedzieć, że „Król Mieczy” to – przy całej maestrii pisarza, fabule która wciąga od pierwszych stron, wiarygodnych psychologicznie bohaterach – powieść bardzo mroczna, depresyjna i smutna. Historia rozpoczyna się od znalezienia w miejskim zoo trupa mężczyzny. Pochodzący z Haiti człowiek popełnił samobójstwo, ale przedtem wymordował z zimną krwią swoją rodzinę, współpracowników… Sekcja zwłok prowadzi do odkrycia w jego żołądku mieszanki dziwnych nasion, fasoli nieznanego gatunku, ziemi… i pociętej karty tarota – Króla Mieczy właśnie.

Do śledztwa zostają przydzieleni Max Mingus i Joe Liston – detektywi Oddziału Specjalnego Policji w Miami. Kiedy niedługo potem dochodzi do strzelaniny w sądzie, a sprawca także ma w żołądku pociętą kartę tarota – sprawa zaczyna nabierać nieoczekiwanego obrotu. Wszystkie ślady prowadzą do Salomona Boukmana – legendarnego władcy przestępczego świata Miami – który wykorzystując magię voodoo staje się najgroźniejszym przestępcą w mieście. Mozolnie szukając tropów, walcząc z korupcją w swoim oddziale, zmagając się z demonami przeszłości Max i Joe będą musieli rozpocząć śledztwo na własną rękę.

Dobra to powieść, precyzyjnie skonstruowana, dobrze napisana. Każdy z bohaterów jest bardzo wiarygodny psychologicznie – nie ma tutaj ani jednej „papierowej postaci”. Magia voodoo użyta w powieści bardzo inteligentnie – tutaj wręcz wierzymy w to, że wszystko co opisał autor mogłoby zdarzyć się naprawdę. No i są zombie – żywe trupy w swojej pierwotnej wersji, nie przerobione po hollywoodzku. Nie ma tu prawie wcale wątków nadnaturalnych, a jednak wierzę w magię voodoo taką jaką opisał ją Nick Stone.

Bardzo ciekawie poprowadzony wątek Tarota – strony o historii tych kart naprawdę potrafią zaciekawić. W ogóle mam wrażenie, że to jeden z lepszych kryminałów jakie ostatnio czytałem. Wszystkie postacie w tej powieści mają swoją historię, autor potrafi ją opowiedzieć w kilkunastu słowach. Rozbudowanie wątków, opisów – to wszystko sprawia, że „Król Mieczy” naprawdę wciąga i aż chce się czytać co było dalej. Błędów logicznych w powieści nie wychwyciłem. Może jeden tylko. Każda zbrodnia miała jeden element wspólny – i nie jest on w całej książce wyjaśniony. Zostają tylko mroczne domysły… A może to zabieg celowy autora? Ja w każdym razie długo „Króla Mieczy” nie zapomnę.