Nelson De Mille. Śliwkowa Wyspa

John Correy – bohater powieści De Mille – to agent federalny jednostki antyterrorystycznej FBI, który obecnie wypoczywa w małym miasteczku niedaleko Long Island. Może nie tyle wypoczywa, co przechodzi rehabilitację po postrzale, który omal go nie zabił. Monotonię i nudę pobytu na wsi przerywa prośba szefa miejscowej policji, który prosi Johna o pomoc w śledztwie dotyczącym pary biologów zamordowanych w ich własnym domu. Do śledztwa wkrótce włączy się FBI i CIA – biolodzy pracowali bowiem na Plum Island – Śliwkowej Wyspie – w tajnym ośrodku badań nad chorobami zakaźnymi. Rozwiązanie sprawy zdaje się być narzucone z góry – biolodzy chcieli sprzedać szczepionkę na wirusa i zostali zabici przy przekazywaniu materiału. Ale John nie wierzy w takie rozwiązanie – jego instynkt detektywa podpowiada mu coś innego. Wkrótce dowie się rzeczy, które rzucą cień na całe – niby już zakończone śledztwo. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że dawno temu właśnie na Plum Island ukrył swój skarb słynny pirat kapitan Kidd i będziemy mieli całą akcję powieści jak na dłoni – akcję, powiedzmy sobie szczerze, bardzo nierówną. Książka zaczyna się powoli, rozkręca bardzo, po to by przez następnych kilkadziesiąt stron nudzić czytelnika coraz bardziej. To mój największy zarzut co do tej historii. Zaczyna się nudno, potem wątek wizyty śledczych w laboratorium na Plum Island, który jest pasjonujący i nie można się od niego oderwać. A potem znowu zaczyna być nudno. Schemat powieści oparty jest na kryminałach retro – detektyw przesłuchuje świadków, czegoś się dowie, a potem zbiera wszystkich i oznajmia jak było naprawdę. Ale to, co sprawdzało się u Agaty Christie, nie sprawdza się tutaj. Tym bardziej, że każdy myślący czytelnik w połowie powieści domyśli się kto i dlaczego zabił. Tylko jedno rozwiązanie na koniec jest zaskakujące – ale nie jest to główny wątek powieści. Czemu tak wyszło? Dlaczego pisarz cieszący się zasłużoną sławą tutaj się nie popisał? Moim zdaniem chodzi o zbytnie rozproszenie wątków. Nie wiadomo czy jest to kryminał, czy opowieść o zagrożeniu wirusami lub może awanturnicza książka o szukaniu skarbów. A jeśli coś jest o wszystkim, to jest o niczym. Szkoda trochę, bo i tematy ciekawe i bohaterowie sympatyczni. Mogła z tego wyjść naprawdę świetna książka – widać to we fragmencie gdy odwiedzamy laboratorium pełne zabójczych wirusów. Napięcie wtedy wręcz kapie z kart powieści. Niestety, tylko fragmenty ocierają się tu o mistrzostwo pisarskie. Reszta to tylko pisarskie rzemiosło, niby niosące w sobie dawkę rozrywki, ale jednak… nudnawe. Żeby jeszcze nie było tak łatwo się domyślić kto zabił. Niestety… w połowie książki mamy ochotę ją odłożyć i wziąć się za czytanie czegoś naprawdę pasjonującego. Jeśli miałbym komuś polecić „Śliwkową Wyspę” to tylko osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z literaturą sensacyjną. Bo po tej lekturze większość następnych sensacji wyda się ciekawszych i bardziej wciągających.

Tłumaczenie: Andrzej Szulc. Wydawnictwo: Buchmann Sp. z o.o., stron: 568, rok wydania 2012

%d bloggers like this: