Mr. Jones

Ten horror mojego serca nie podbił. Wręcz przeciwnie – zniesmaczył mnie na tyle, że musze sobie ze dwa dni przerwy od horrorów zrobić. A szkoda, bo zapowiadało się całkiem nieźle. Może za bardzo zalatywało „Blair Witch Project’em” (powinno mnie to ostrzec?), ale było dobrze… Cała historia zaczyna się gdy Scott razem ze swoją żoną Penny wyprowadzają się na rok do leśnej głuszy. On ma nadzieję nakręcić film dokumentalny, ona z miłości jest gotowa mu towarzyszyć. Z początku wszystko idzie kiepsko – pierwsze kilkadziesiąt dni pokazuje, że Scott jedynie MÓWI o nakręceniu filmu, kobiecie natomiast zaczyna doskwierać samotność. Zmieni się to w momencie gdy małżeństwo odkryje, że niedaleko od nich, w ukrytej leśnej chacie, tworzy swoje dzieła tajemniczy Mr. Jones – artysta? Performer? Szaleniec?… Od tej pory nasi bohaterowie pogrążą się w świat koszmaru, szaleństwa, magii… Szkoda tylko, że w tym samym momencie skończy się magia filmu. Do połowy bowiem, kręcony z ręki niby dokument, potrafi naprawdę zaciekawić, wystraszyć. Napięcie rośnie od pierwszych minut filmu. Co z tego, skoro zakończenie filmu (kręcone już nie jako „found footage”) wszystko psuje? Od natłoku scen – niby onirycznych, abstrakcyjnych, niby sennych koszmarów – w pewnym momencie ma się przesyt. Przesłanie filmu rozmywa się i człowiek się zastanawia o co kaman? Sam finał, niby otwarty, niby zmuszający do zastanowienia się nad jego wymową – a ja ciągle siedzę i pytam sam siebie o co kaman… Może ja się nie znam, może miałem zły dzień… ale film Mr. Jones odebrałem źle. Po prostu przerost formy nad treścią i tyle.

Reżyseria i scenariusz: Karl  Mueller. Obsada: John Foster, Sarah Jones. USA, 2013

 

%d bloggers like this: