Millennium

„Millennium”, tyt. oryginalny „Millennium”. 3 sezony, 67 odcinków. Emisja: 1996-1999. Premiera: 25.10.1996 telewizja FOX. Producent: Chris Carter, Muzyka: Mark Snow, Obsada: Lance Henriksen, Megan Gallagher, Brittany Tiplady, Terry O’Quinn , Klea Scott , Stephen E. Miller

Końcówka lat 90-tych XX wieku była dziwnym czasem. Wszyscy spodziewali się katastrofy – zbliżający się nieuchronnie rok 2000 budził w ludziach lęk. Złowieszcze przepowiedzi wielkiej awarii komputerów, dziwne sekty wieszczące nadchodzący koniec… to wszystko było naszą codziennością. Kometa Hale-Bopa’a z dwoma warkoczami – na dwutysiąclecie – dumnie błyszczała na niebie… Jednym słowem – koniec był blisko. W atmosferze narastającego strachu powstał serial „Millennium”. Serial którego twórcą był Chris Carter – ten sam który stworzył „Z Archiwum X”. Serial który moim zdaniem był o klasę lepszy niż „Z Archiwum X”.

Pamiętam kiedy zobaczyłem w jednej z telewizji pierwszy odcinek „Francuz” (serial w Polsce nadawany był pod  tytułem „Organizacja śmierci”) – i po tym pierwszym odcinku doszedłem do wniosku, że takiego serialu nigdy jeszcze nie widziałem, a pierwsze skojarzenie to film „Siedem”… i to chyba wystarczy za całą zachętę do obejrzenia. Tym bardziej, że serial wcale się nie zestarzał i oglądając go dziś mam takie same ciarki chodzące po plecach jak wtedy gdy obejrzałem pierwszy odcinek.

Ale o czym w ogóle traktuje seria którą się tak zachwycam? Głównym bohaterem jest   agent FBI Frank Black (genialna rola Lance’a Henriksena). Po załamaniu nerwowym wraca on wraz z żoną i córką do rodzinnego Seatlle. W małym, żółtym domku Frank próbuje zapomnieć o koszmarach które widział w trakcie swojej służby. Tymczasem miastem wstrząsa seria brutalnych morderstw. Pierwszą ofiarą jest dziewczyna z klubu gogo. Potem znika młody homoseksualista sprzedający swe wdzięki w podejrzanej dzielnicy… A to tylko początek makabrycznej sprawy. Potem są ludzie pogrzebani żywcem, psychopata cytujący poezje Kaetsa o nadchodzącym końcu rzeczy – to właśnie ów tytułowy Francuz – tak nazwały go dziewczyny z klubu gogo. Frank pomaga w śledztwie swojemu przyjacielowi z policji w Seatlle. Wykorzystuje do tego swój dar (czy może przekleństwo?). Będąc na miejscu zbrodni lub dotykając ofiary potrafi wyczuć o czym myślał przestępca, co czuł, co widział… Kiedy pracował w FBI jego talent wykorzystywała grupa Millennium – nieformalny wydział FBI tropiący seryjnych morderców, sprawy o charakterze religijnym. Tego wszystkiego dowiadujemy się w pierwszym odcinku serialu.

Dalej seria pędzi jak pociąg towarowy. Coraz brutalniejsze morderstwa, coraz dziwaczniejsze sprawy i w tym wszystkim Frank Black. Bardzo ludzki, bardzo samotny, cierpiący koszmary po rzeczach jakimi się zajmuje. I nawet w małym, żółtym domku – który przez twórców został pokazany jako oaza normalności i odpoczynku – w piwnicy Frank Black urządził sobie gabinet gdzie odbiera wiadomości od grupy Millennium, brutalne obrazy mordu, gwałtu. Na nic się zdają próby odgrodzenia się od tych koszmarów. Powoli główny bohater zaczyna poddawać się atmosferze lęku, przerażenia, śmierci. Wszystko to podane w mrocznych barwach, z ciężką atmosferą, bez cienia humoru. Naprawdę serial jest brutalny i mroczny.

Napisałem wcześniej, że „Millennium” jest serialem o niebo lepszym od „Z Archiwum X”. A jednak „Z Archiwum X” miało aż dziewięć sezonów, a „Millennium” tylko trzy (a w zasadzie dwa, ale o tym później). Czemu tak się stało? No cóż, myślę, że dla wielu ludzi ten klimat, groza, „duszność” każdego odcinka to było za wiele. Serial po prostu był zbyt poważny, traktował o zbyt poważnych rzeczach i zmuszał do myślenia – a tego przeciętny amerykański widz nie lubi, czyż nie? Jednak nam – miłośnikom grozy pod każda postacią – nie powinno to przeszkadzać.

Jak już mówiłem – serial składa się z trzech sezonów. Pierwszy sezon to dzieło Chrisa Cartera i Franka Spotnitza. Każdy z odcinków to odrębna sprawa która prowadzi Frank Black. A sprawy są naprawdę przerażające, np.: ludzie spalani żywcem w wielkich, przemysłowych piecach mikrofalowych, księża paleni żywcem na stosie… W tym sezonie grupa Millennium nie występuje zbyt często. Nie wiemy nic bliżej o jej celach, metodach działania. Głównym bohaterem jest sam Frank Black. Obserwujemy go w sytuacjach makabrycznych i w tych codziennych – gdy jest z córką i żoną. Wiemy jednak, że Frank – mimo usilnych prób oddzielenia pracy od życia rodzinnego – pogrąża się coraz bardziej w mroku. I żyje w ciągłym strachu. Już w pierwszym odcinku dowiadujemy się co było przyczyną załamania po którym Frank Black zamieszkał w Seatlle. Prowadził sprawę mordercy który zabijał ludzi śpiących w domach z niezamkniętymi drzwiami. Cóż za banalny pretekst do bezsensownych morderstw. W tym samym czasie ktoś przysłał Frankowi zdjęcia robione w ukrycia jego żonie i córce… Zresztą w tymże pierwszym odcinku znowu ktoś przysyła zdjęcia, już z nowego miejsca zamieszkania, córki i żony Franka. Tak więc prócz koszmarów związanych ze śledztwami Frank musi uporać się z lękiem o rodzinę.

Trzeba przyznać, że autorom serialu udało się znakomicie uchwycić całą psychologiczną stronę takiej sytuacji. Drobiazgi, smaczki serialu powodują, że wierzymy w chęć odgrodzenia się od całego zła które Frank widzi na co dzień. Zresztą psychologia całego serialu jest bardzo złożona i jak już mówiłem – zmusza do myślenia. Sama czołówka serii w której pojawia się logo grupy Millennium – wąż pożerający swój ogon – i niepokojące pytania już wywołuje dreszcz. Te pytania to „oczekiwanie?”, „niepokój?” „kogo to obchodzi?”. Później te napisy się zmieniają „oczekiwanie-niepokój-chwila jest blisko” a jeszcze później „oto kim jesteśmy – chwila jest blisko”. W połączeniu z mroczną, zostającą w pamięci na długo muzyką Marka Snow’a i obrazami które budzą niepokój gdzieś głęboko w podświadomości (pamiętacie kasetę z filmu „Ring” – to taki sam rodzaj niepokoju) sama czołówka daje przedsmak. Każdy odcinek pierwszej serii „Millennium” to majstersztyk – znakomicie przyrządzony koktajl grozy, lęku, codzienności, szaleństwa. Na przykład odcinek w którym na scenie pustego teatru, przywiązana do krzesła dziewczyna czeka na śmierć. A śmierć przyjdzie gdy liczba odsłon strony www na której można na żywo obserwować dziewczynę przekroczy określoną przez mordercę liczbę wejść. Czasu jest coraz mniej bo im więcej osób dowiaduje się o tej stronie tym więcej odsłon strony. Czy to nie mówi wiele o nas samych – spragnionych widoku krwi, śmierci – byle bezpiecznie, przed monitorem własnego komputera…?

Takich odcinków, poruszających bardzo ważne kwestie naszej moralności, jest w pierwszej serii zacznie więcej. I zaręczam wam, że odpowiedzi których sami sobie udzielamy po obejrzeniu epizodu serialu wcale nie napawają optymizmem.

Sezon pierwszy kończy się gdy żona Franka zostaje uprowadzona z lotniska przez człowieka który przesyłał Frankowi zdjęcia.

Sezon drugi to zmiana autorów serii, a co za tym idzie – duża zmiana samego serialu. Jeszcze pierwszy odcinek, w którym Frank odnajduje żonę i z zimną krwią morduje człowieka który ją porwał, trzyma wysoki poziom pierwszej serii. Jest mrocznie, są ważne pytania (Frank stojący na podwórzu, z zakrwawionym nożem w dłoni, wpatrujący się w kometę Hale’a-Bopa i pytający sam siebie czy to początek czy może koniec drogi) o człowieczeństwo i o to jak daleko można się posunąć by nie stać się samemu potworem (pamiętacie ten chyba najsłynniejszy cytat Nitzschego? „Walcząc z potworami uważaj byś sam nie stał się jednym z nich”?). Ale potem z odcinka na odcinek serial się zmienia. Pojawiają się epizody dwu, trzy odcinkowe, grupa Millenium staje się ważniejszym tematem serialu niż sam Frank Black, pojawiają się teorie spiskowe. Ten sezon zrealizowali James Wong i Glen Morgan (ci sami którzy zrobili „Final Destination 2”). Nie twierdzę , że sezon jest zły – jest po prostu inny. Mniej tu psychologii a więcej spisków. Oczywiście – nadal trafiają się odcinki przerażające, niepokojące. Ale jest ich zdecydowanie mniej. W pewnym momencie poczułem, że gubię się w tym „kto, co i dlaczego?” Ale po kolei. Każdy z odcinków zaczyna się od widoku komety Hale’a-Bopa na niebie. Ta kometa z dwoma warkoczami zapowiada koniec który jest już bardzo bliski. Okazuje się, że grupa Millenium powstała by właśnie końcowi świata zapobiec. Jednak w pewnym momencie podzieliła się na dwa ugrupowania – Wilki i Kruki. Jedni wierzą, że koniec świata nadejdzie tak jak to opisywała Apokalipsa wg. św. Jana, druga grupa również wierzy w koniec świata – ale powodem miałaby być jakaś kosmiczna katastrofa. Między walkę tych dwóch grup zostaje wplątany Frank Black. Już nie prowadzi tylko śledztw w sprawach morderstw – przynajmniej nie wszystkie sprawy są takie – teraz Frank szuka znaków, która z grup ma racje. Bardziej w drugim sezonie położono nacisk na koniec świata – na przykład wygaszacze monitorów komputerów podłączonych do sieci Millennium wyświetlają węża połykającego swój ogon z tekstem: „Witaj Frank. Pozostało 438 dni.”

Sytuacja rodzinna Franka również się zmienia. Żona żąda separacji – po zamordowaniu przez Franka porywacza nie może się pogodzić z tym, iż Frank sam stracił coś ze swego człowieczeństwa. Niebezpiecznie zbliżył się do owej granicy za którą człowiek sam staje się potworem. Teraz już nic nie pomoże Frankowi zapomnieć o koszmarach. Stracił swój azyl, swój mały żółty domek… I Frank w koszmarach powoli się pogrąża coraz bardziej. Zdezorientowany, zaczyna podejrzewać, że grupa Millennium wcale nie ma zamiaru zapobiec końcowi świata lecz go wywołać.

I tu dochodzimy do finału serii drugiej…

Oświadczam w tym miejscu uroczyście, że dwa ostatnie odcinki serialu „Millennium” to najlepsze zakończenie serialu jakie w życiu widziałem. Do dziś pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie finał serialu. Chociażby dla tych dwóch odcinków warto „Millennium” obejrzeć. Ciężkie, mroczne klimaty, koniec który właśnie nadszedł… Wizje Czterech Jeźdźców Apokalipsy które ma współpracownica Franka i drapieżna rockowa muza w tle… Sam sposób zakończenie serii… która nie kończy się dobrze… I ostatnie sceny… Frank, posiwiały w ciągu jednej nocy, nie słyszący własnej córki która szarpie go za rękę wołając „Tatusiu…”.

Nie chcę tu spoilerować, więc nie mogę więcej szczegółów zdradzić. Powiem tylko, że finał drugiej serii to znakomite zakończenie znakomitego serialu. I na długo Wam zapadnie w pamięć.

No właśnie – zakończenie. Napisałem wcześniej, że powstały trzy, a w zasadzie dwie serie „Millennium”. Otóż po dwóch seriach serial jak dla mnie był całkowicie zamknięty. Początek, rozwinięcie, zakończenie. Finito. Zamknięta całość. Pozostawiająca może niedosyt ale jednak całość.

A potem przyszedł odcinek „Z Archiwum X” w którym występował Frank Black, a którego akcja toczyła się po wydarzeniach z finału drugiego sezonu „Millennium” i było to dla mnie duże zaskoczenie, że jednak Chris Carter zdecydował się na połączenie tych wątków. Zresztą połaczenie słabe, nie wnoszące nic do mitologii zarówno „Z Archiwum X” jak i „Millenium”. Słaby odcinek stworzony po to by wypromować trzeci sezon „Millennium”.

Przyznam szczerze – obejrzałem tylko trzy pierwsze odcinki trzeciej serii. Kiedy już po kilku latach się dowiedziałem, że w ogóle ten trzeci sezon istnieje… I więcej nie mogłem. Pytanie jakie mi się nasuwało to „O co kurcze chodzi?”. Nie mnie oceniać, zwłaszcza po trzech odcinkach, czy to dobry czy zły sezon. Dla mnie jednak „Millennium” skończyło się na drugim sezonie. Zbyt duża nielogiczność, spłycenie scenariusza – poza tym całkowite zanegowanie finału drugiego sezonu – to wszystko za dużo jak dla mnie. No i poziom scenariusza który zaczął przypominać równie pochyłą… Tak więc – polecam gorąco sezon pierwszy i drugi. Trzeci oglądacie na własną odpowiedzialność.

No tak. Pogadaliśmy sobie o serialu, sezonach, ogólnym wrażeniu. To jeszcze na koniec pogadajmy o szczegółach technicznych, od których pewnie powinienem zacząć. Twórcami serialu są Chris Carter, Frank Spotnitz, James Wong i Glen Morgan. Muzykę stworzył Mark Snow. W roli głównej – Lance Henriksen. Zresztą główną rolę zagrał znakomicie, a jego twarz – pobrużdżona zmarszczkami i przez to tak charakterystyczna – znakomicie oddaje uczucia i rozterki Franka Black’a. W ogóle to rola Franka jest jak dla mnie jedną z najlepszych w karierze tego aktora. Efekty specjalne – na dobrym poziomie, krwi jest tyle na ile pozwalają stacje telewizyjne w Stanach. Montaż  i zdjęcia na naprawdę wysokim poziomie. Scenariusze poszczególnych epizodów – dużo powyżej przeciętnej. Co do dostępności samego serialu w Polsce – dwa pierwsze sezony wydano stosunkowo niedawno w ekskluzywnych wydaniach DVD. Wciąż jeszcze w niektórych Empikach czy za pośrednictwem serwisów aukcyjnych można zakupić ten serial w rozsądnej cenie. I cieszyć się wieloma godzinami grozy i mroku. I mieć nadzieję, że powstanie kiedyś tak mroczny, mocny serial dla wszystkich miłośników grozy w dobrym wydaniu.

 

Font Resize
KONTRAST
%d bloggers like this: