Martyna Raduchowska. Czarne światła: Łzy Mai

Martyna Raduchowska. Czarne światła: Łzy Mai

Stron 460. Wydawnictwo Fabryka Słów, rok wydania 2015.

Nie przepadam za cyberpunkiem – przyznaję uczciwie. Dlatego do powieści Martyny Raduchowskiej – znanej przecież do tej pory z książek ocierających się bardziej o horror czy fantasy niż s-f – podchodziłem dość sceptycznie. Okazało się, że zupełnie niepotrzebny był mój sceptycyzm, bo Łzy Mai to bardzo dobra historia.

Akcja zaczyna się w tempie błyskawicznym – oto lądujemy w samym sercu rebelii. Oddział porucznika Jareda Quinn’a zostaje zmasakrowany, jemu samemu ratuje życie Maia – syntetyczna policjantka, będąca jego partnerką. Ostatkiem świadomości ciężko ranny Quinn widzi jak policyjny cyborg który dopiero co uratował mu życie, kłamie w odpowiedzi na pytanie o to czy przyłączyłaby się do buntowników. To wydarzenie na zawsze zmieni stosunek naszego bohatera do Sztucznych Inteligencji, będącymi w w czwartej dekadzie XXI wieku na porządku dziennym.

Właściwa część powieści toczy się trzy lata później – Jared Quinn wraca do służby po trzyletniej śpiączce, w czasie której zostało mu zaimplementowanych wiele wszczepów, tworząc z niego półcyborga. Quinn stara się jak tylko może pozbyć niechcianych udoskonaleń, jednocześnie próbuje odnaleźć Maię, po to by osobiście móc ją zabić za zdradę… Wkrótce też pojawia się morderca, którego system policyjny nie potrafi ująć – policjanci są zmuszeni do powrotu do starych metod śledztwa. Jared szybko odkryje, jak wiele łączy go z nieuchwytnym zabójcą.

Czapki z głów dla autorki, za tak precyzyjnie i perfekcyjnie zbudowany świat. Ilość szczegółów, powiązań, rozwiązań technologicznych naprawdę robi wrażenie. I chociaż widać w czasie lektury wpływ takich dzieł jak „Łowca androidów”, „Ja, Robot” czy kultowego „Deus Ex” to świat Martyny Raduchowskiej tchnie oryginalnością i niepowtarzalnością.

Duży plus należy się także za fabułę – historia jest ciekawa, logicznie napisana, bohaterowie naprawdę mają ciekawe podłoże psychologiczne. „Łzy Mai” to pierwsza część cyklu – i to widać: wiele zagadek nie znajdzie rozwiązania, kilka tropów okaże się błędnych. Finał także stanowi zaledwie prolog do dalszych części powieści – na które ja, mimo niechęci do cyberpunku, czekam już z niecierpliwością.

Polecam Łzy Mai” nie tylko miłośnikom fantastyki, ale wszystkim którzy lubią dobre, przygodowe powieści z szybką akcją i bohaterami do których łatwo się przywiązać.

Podobało się? Nie podobało? Zostaw jakiś ślad po sobie :)

Font Resize
KONTRAST