Łukasz Radecki. Horror klasy B

Oficyna Wydawnicza Literat, stron: 155, rok wydania 2015.

Na pytanie czemu właśnie horror mógłbym długo opowiadać. Opowiadać o pierwszym opowiadaniu Lovecrafta, które czytałem mając lat bodajże 12, a które spowodowało, że do dziś mam, głęboko ukryty ale odczuwalny, lęk przed rozgwieżdżonym niebem. Mógłbym opowiadać o fascynacji opowiadaniami Grabińskiego czy E. A. Poe. Ale te opowieści i tak niezmiennie zdążałyby do początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku – chyba najlepszego okresu dla horroru w Polsce. Wtedy to zostaliśmy zalani falą filmów i powieści spod znaku horroru. Filmów i książek wybitnych, ale tez takich z niższej półki jakościowej – horrorem klasy B. Powieści takich „gwiazd” jak Guy N. Smith, Harry Knight czy Shaun Huston – obok powieści Kinga, Mastertona, Wilsona, opowiadań Lovecrafta – kształtowały nasz gust i wyobrażenie o horrorze. Śmiało można powiedzieć, że ten gust spaczyły, ale przyznajcie, czyż nie tęsknicie do tych starych, dobrych czasów, gdy krew była krwią, a flaki – flakami? I oto dostajecie szansą, by jeszcze raz przeżyć te klimaty, tamte emocje. Zbiór opowiadań „Horror klasy B” Łukasza Radeckiego zawiera trzynaście (a właściwie czternaście) opowieści wzorowanych właśnie na tego rodzaju rozrywce. Przekrój tematyczny i gatunkowy – ogromny: od slashera „Agrogore” poprzez horror s-f „Satellite 15” po animal-attack i bizzaro. We wszystkich tych konwencjach Łukasz znakomicie się sprawdza jako gawędziarz. Opowiadania napisane są prostym językiem, wciągają niczym historie opowiadane nocami (najlepiej przy ognisku), stylistyką mocno nawiązują właśnie do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Nie sposób się nie uśmiechnąć z rozrzewnieniem, nie wystraszyć czy nie wzdrygnąć z obrzydzeniem. Napisałem, że opowiadań jest właściwie 14 – poprzez sprytny zabieg wprowadzenia fabularnej klamry spinającej 13 właściwych opowiadań dostajemy właśnie jako bonus tą 14 historię (która jest tak niespodziewanie spuentowana, że mogłaby być oddzielnym opowiadaniem). Nie można nie wspomnieć wstępu napisanego przez Mariusza Juszczyka (w którym dostajemy nieco „tła historycznego” w pigułce) i posłowia – które zawiera to, co tygryski lubią najbardziej – krótkie notki o rodowodzie poszczególnych opowiadań. Nie sposób też nie wspomnieć o grafikach ilustrujących każdy z tekstów – robione przez pasjonatów horroru (np. Pana Goryla) dobrze wpisują się w cały projekt, podkreślając jego pochodzenie.

Nie bez kozery będzie także wspomnienie o wydawcy, a w zasadzie o jednej osobie, która z pasji założyła Oficynę Wydawniczą Literat. Mariusz „Orzeł” Wojteczek, bo o nim mowa, mozolnie pracuje nad tym, by wydawać coraz więcej i coraz lepiej. Tak więc „Horror klasy B” ma same zalety: napisany i wydany przez pasjonatów, dla pasjonatów, jest swoistym wehikułem czasu, który osoby z mojego pokolenia zabierze w czasy dzieciństwa czy młodości, a czytelnikom, którzy tego okresu nie pamiętają, pokaże jak się pisało i co czytało się kiedyś… Wtedy kiedy rodziła się nasza miłość do horroru klasy B…

%d bloggers like this: