La La Land

Reżyseria i scenariusz: Damien Chazelle, występują: Ryan Gosling, Emma Stone, muzyka: Justin Hurwitz, produkcja: USA 2016

Lew Hunter – wybitny scenarzysta, nauczyciel profesji – napisał kiedyś w swoim poradniku jak napisać scenariusz doskonały. Po lekturze Jego kursu odruchowo, oglądając film, wyszukuję tych dobrych i złych nawyków pisania scenariuszy. Trochę to utrudnia oglądanie, bo najczęściej łatwo przewidzieć jak scenariusz się potoczy. I trzeba naprawdę dobrze napisać film, tak, by mimo schematów potrafił wciągnąć, zaciekawić, bawić, wzruszać… La La Land to dla mnie przykład jak pisać dobre scenariusze. Zauroczył mnie ten musical. Przez ponad dwie godziny bawiłem się, wzruszałem, przeżywałem emocje, przytupywałem do taktu muzyce…

Banalna w sumie historia uczucia, jakie rodzi się między dwojgiem ludzi to opowieść o marzeniach, dążeniu do ich spełnienia, ale także o tym, że czasami trzeba poświęcić wiele, by je urzeczywistnić.

Mia – kelnerka w barze w Hollywood – marzy o zostaniu aktorką. Biega na przesłuchania, uczy się ról, ale ciągle nic jej z planów nie wychodzi. Sebastian – jazzowy pianista – marzy o swoim własnym klubie, gdzie tradycyjny jazz będzie grany co wieczór, gdzie ludzie będą przychodzić by posłuchać dobrej muzyki. Na razie Sebastian gra do kotleta… Dwoje niepoprawnych marzycieli spotka się, zakocha i będzie spełniać swe sny. Proste? Owszem. Banalne? Jak najbardziej. Ale jak to jest zrobione!

Po pierwsze – scenariusz. Jak pisałem na początku – to wręcz podręcznikowy przykład dobrze napisanego scenariusza, ciekawie rozpisanych dialogów.

Po drugie – scenografia – tutaj każdy kolor, szczegół, symbol ze sobą współgrają, o czymś opowiadają.

Po trzecie – montaż, praca kamery. Już sam początek filmu, pokazanie kawałka dnia dwóch osób, spotykających się  wieczorem w klubie jest świetnie i zaskakująco zmontowany. W trakcie filmu zmienia się tez sposób prowadzenia narracji – z początku to beztroskie, nostalgiczne odwołanie do klasycznego kina musicalowego ze złotej ery Hollywood, potem, gdy zaczną się problemy, narracja staje się cięższa, wstawek tanecznych już nie ma, muzyka tez poważnieje.

Po czwarte – muzyka. Prosta, chwytająca za serce. Właściwie każdy kawałek – czy to wokalny czy instrumentalny czy czysto jazzowy wpada w ucho od razu (od dłuższego czasu chodzi za mną motyw przewodni, a soundtrack zagości na długo w moim odtwarzaczu).

Po piąte – zakończenie. Mocno słodko–gorzkie i – jak dla mnie zaskakujące. Przyznaje – spłakałem się jak bóbr.

W zasadzie do niczego w tym filmie nie mogę się przyczepić. Długo mógłbym pisać o aktorach (za którymi nie przepadam – tutaj jednak dobrani świetnie), o reżyserii, choreografii… Wszystko tutaj jest zagrane, sfilmowane, wymyślone bardzo mądrze. I z banalnej historii nagle wychodzi ważne przesłanie – właśnie o tym, jak wiele czasami przychodzi nam poświęcić dla spełnienia marzeń.

Bardzo polecam La La Land. Nawet jeśli nie lubisz jazzu, musicali, prostych historii o miłości, to jest szansa, że ten właśnie film wgniecie Cię w fotel i zachwycisz się nim tak, jak ja się zachwyciłem. Bo właśnie ten film według mnie pokazuje, czym jest magia kina – o którą przecież chodziło od początku istnienia kina.

No i ta muzyka…

Podobało się? Nie podobało? Zostaw jakiś ślad po sobie :)

Font Resize
KONTRAST