James Rollins. Podziemny labirynt

Tłumaczenie: Paweł Wieczorek, 464 strony. Wydawnictwo Albatros, rok wydania 2015.

Na Antarktyce dokonano niezwykłego odkrycia. Oto pod wulkanem Erebus znajduje się olbrzymi system jaskiniowy. Naukowcy znajdują tam figurkę kobiety wykonaną z diamentu. Okazuje się też, że w tych jaskiniach istniała wysoko rozwinięta cywilizacja. Na wyprawę do wnętrza Ziemi rusza grupa składająca się z wojskowych, specjalisty-grotołaza, atrakcyjnej pani geolog i jej syna… Nie wiedzą jednak, że nie są pierwsza ekspedycją, która schodzi do tych jaskiń, a z pierwszą grupą stracono kontakt. Wyprawa przyniesie zupełnie inne rozwiązania, niż wszyscy się spodziewali. „Podziemny labirynt” to pierwsza powieść James’a Rollins’a. Łączy ona w sobie wątki z klasycznych powieści Juliusza Verne’a i pasje autora – speleologię. Można by mówić, że styl Rollinsa w tej powieści dopiero się kształtował, że dużo tu beztroskiej przygody na miarę dużego chłopca. Ale czyż nie za to właśnie lubimy Rollinsa? Za tą nieskrępowaną wyobraźnię i za to, że jego powieści pozwalają chociaż na chwilę wrócić do czasów dzieciństwa gdy marzyliśmy o przygodach na miarę Indiany Jones’a. Mimo, iż to pierwsza powieść autora i jego styl jest tutaj prostszy niż w późniejszych powieściach to książkę czyta się naprawdę lekko i przyjemnie. Prostota stylu wyraża się tutaj tym, że jak na przykład w późniejszych powieściach (zwłaszcza z cyklu Sigmy) akcja dzieje się na kilku, czasami bardzo odległych od siebie miejscach, tak w „Podziemnym labiryncie” autor rozdzieli bohaterów, to zaraz zawiązuje akcję tak, by na nowo się spotkali. Powoduje to dwa czy trzy absurdalne momenty, gdy w ciemnościach, w labiryncie jaskiń, spotykają się ludzie, którzy według tego co czytasz powinni być w dwóch różnych miejscach kompleksu jaskiń. Ale może tylko się czepiam. Bo „Podziemny labirynt” to nie jest filozoficzna powieść o sensie życia – to po prostu kawał porządnego, odprężającego czytadła. Tylko tyle i aż tyle.

Font Resize
KONTRAST
%d bloggers like this: