James P. Blaylock. Widma minionych nocy

Tłumaczenie: Jarosław Cieśla. 485 stron. Wydawnictwo Prószyński i S-ka, rok wydania 2011.

Obiecałem sobie, że będę pisał szczere recenzje. Że nie będę patrzył kto napisał, czy lubię autora. Tylko co zrobić kiedy powieść zostawia mnie z tak mieszanymi uczuciami, że sam nie wiem co o niej myśleć? „Widma minionych nocy” taką właśnie książką jest. Jamesa P. Blaylocka znałem do tej pory jako autora z gatunku steampunk. Tutaj dostajemy rasowy horror. Oto Peter Travers – mężczyzna po ciężkim rozwodzie, starający się żyć normalnie, widujący się z synem, czasami także z eks-żoną Amandą, ma przyjaciółkę – Beth – która także ma syna. Kolejny bohater – Pomeroy. Agent od nieruchomości którego działalność ociera się o granice prawa, a często je przekracza. Klein – jego pracodawca – usiłujący zbić majątek na kupnie ziemi i domów ludzi mieszkających w kanionie – między innymi Petera. No i kolejny bohater – wiatr. Wiatr który towarzyszy nam przez całą powieść, wiatr w którym słychać szepty, krzyki, płacz dziecka… Akcja powieści zaczyna się w chwili gdy Peter orientuje się, że jego była małżonka wraz z synem nie wyjechali na wakacje – tak jak zamierzali, lecz zaginęli bez śladu gdzieś w kanionie. Kiedy zgłasza zaginięcie dowiaduje się, że kilka dni temu przerażony turysta widział w nocy dwa ciała – kobiety i chłopca. Kiedy policja przybyła na miejsce – ciał nie było. Poszukiwania Petera przeplatają się tutaj z historią Pomeroy’a który zaczyna obsesyjnie podglądać Beth… Dziwna to książka. Akcja rozwija się bardzo powoli, leniwie. Ciężko powiedzieć kto jest głównym bohaterem opowieści. Z początku zdaje się, że to Peter, jednak agent nieruchomości Pomeroy, niespodziewanie wysuwa się na pierwszy plan. Jakoś tak już jest, że czarne charaktery są bardziej wiarygodne psychologicznie. Ten tutaj został opisany naprawdę dobrze. To żaden niesamowicie inteligentny prawie że Supermen. To zwykły cwaniaczek ogarnięty obsesjami, bez wyobraźni, tchórz. Ogólnie w „Widmach minionych nocy” panuje jakiś chaos. Po części jest to spowodowane tym, że sam autor chyba nie do końca był pewien czy pisze typową „ghost story” czy opowieść o psychopatycznym mordercy. Poza tym ciężko przywiązać się do bohaterów których zachowań chwilami po prostu nie rozumiemy, którzy miotają się po scenie bez ładu i składu momentami. Nie zadowolił mnie również finał powieści – dziwny, poplątany, pozostawiający więcej pytań niż odpowiedzi. Czyli co? Tragedia? No właśnie nie… Bo mimo wszystkich moich narzekań jest tu jakaś magia. To język jakim powieść jest napisana. Nieśpieszny, powolny, a jednak budzący napięcie. Bogate opisy, kilka scen naprawdę godnych mistrza. Dobrze wypada rozwiązanie zagadki widm – to najciekawsze fragmenty książki. „Widma minionych nocy” to wytwór starej szkoły pisania. Dziś niewielu autorów potrafi tak pisać. Trupów w tej powieści jak na lekarstwo, a jednak napięcie jest. „Widma…” to część trylogii z elementami nadnaturalnymi. Myślę, że całość trylogii będzie dobrą lekturą. Mimo zastrzeżeń – polecam. Chociażby po to by zobaczyć jakim językiem można pisać horrory.

Font Resize
KONTRAST
%d bloggers like this: