Harbinger Down

Harbinger Down

Reżyseria i scenariusz: Alec Gillis, Występują: Lance Henriksen, Camille Balsamo, Matt Winston, Produkcja: USA, 2015

Pamiętacie na przełomie lat 80/90 ubiegłego wieku modę na filmy klasy B, o galaretowatych stworach z kosmosu? Oczywiście, wśród tych filmów są prawdziwe Dzieła – takie „Coś” Carpentera to mistrzostwo świata. Ale większość tych filmów to typowe kino klasy B czy nawet C („Deep Star Six”, „Plazma”, „Leviathan”). „Harbinger down” to chyba miał być ukłon w stronę tych właśnie klasyków. Sam scenariusz jest prosty jak budowa cepa – w latach osiemdziesiątych za kołem podbiegunowym rozbija się lądownik z radzieckiego pojazdu księżycowego. W czasach obecnych grupa studentów wyrusza kutrem Harbinger śladem stada waleni, by badać jak na nie wpływa globalne ocieplenie. Kapitanem kutra jest dziadek jednej ze studentek (gra go Lance Henriksen). Nocą załoga kutra wyławia szczątki tajemniczego pojazdu. Szybko okaże się, że wraz z nim na pokład statku dostaje się coś obcego…

Czyli jest swojsko – można powiedzieć, że fabuła żywcem jest wzięta z „Coś”. Jeśli potraktować ten film jako nostalgiczny powrót do szmirowatej klasyki z końca ubiegłego wieku, sprawdza się on doskonale. Jako samodzielny, oderwany od korzeni – „Harbinger down” się nie sprawdza. Wyświechtany scenariusz, kiepskie i bardzo kiepskie efekty specjalne (już w „Coś” stwór wyglądał znacznie efektowniej), drewniane postaci (chociaż dobrze było zobaczyć Henriksena chociaż w tak marnej produkcji), niewykorzystany zupełnie potencjał pomysłu (mała dygresja: Łukasz Radecki powinien zobaczyć ten film bo jest w nim stwór, o którym Łukasz pisał w Horrorze klasy B).
Moja ocena „Harbinger down” jest dwojaka – jeśli nie znasz klasyki, a szukasz dobrego horroru – ocena 2. Czyli nie najlepiej. Ale jeżeli lubisz klimat tamtych filmów, możesz spokojnie dodać 2 punkty. A nawet 3. Ja się czułem przez 82 minuty jakbym się przeniósł w czasie w stare, dobre lata osiemdziesiąte…

Font Resize
KONTRAST
%d bloggers like this: