Reżyser: Aaron Schneider, scenariusz: Tom Hanks, występują: Tom Hanks, Elisabeth Shue, Stephen Graham, USA 2020

Ocena: 3/10 

10 lipca na platformie Apple pojawił się najnowszy film z Tomem Hanksem „Greyhound”. Historia komandora Ernesta Krause, który prowadzi właśnie swoją pierwszą misję ochrony konwoju. Konwoje ciągnące przez Atlantyk w pewnym momencie musiały płynąć bez osłony lotniczej i tylko okręty eskorty stały między bezbronnymi statkami transportowymi, a zgrupowaniami niemieckich okrętów podwodnych – U-botów, grupującymi się w tzw. wilcze stada. I jak do tej pory wszystko się zgadza w miarę… Ale im dalej w fabułę się zagłębimy tym gorzej.

Po pierwsze – film oparty jest na podstawie książki C.S.Forestera (nawiasem mówiąc – znakomitego pisarza marynisty) „Dobry pasterz”. Niestety – w scenariuszu wycięto całą otoczkę obyczajowo-psychologiczną, niezmiernie ważną dla zbudowania postaci komandora Krause.

Po drugie – pomieszano zupełnie typy okrętów (niszczyciele tego typu były zbyt cenne by ruszać z konwojami), z niemieckich podwodniaków zrobiono jakichś nawiedzonych szaleńców, u-booty pomalowano w jakieś dziwne piktogramy wilków, czaszek – co nigdy nie miało miejsca, pokazano, że eskorta lotnicza była wybawieniem dla konwoju – co tez się mija z prawdą, bowiem w 1942 roku samoloty niewiele mogły w walce z okrętami podwodnymi, cała taktyka wilczego stada, z wynurzaniem się jak popadnie, budzi śmiech… Tyle jeśli chodzi o historyczną realność. I stąd trzeci – największy zarzut.

Po trzecie – ja rozumiem, że przekręcono prawdę historyczną, żeby było łatwiej zrozumieć film, żeby się lepiej oglądało. Ale w taki razie to nie wyszło. Większość filmu rozgrywa się na mostku, w szarościach morza i nieba. Nawet jak któryś ze statków zostanie trafiony to oglądamy z daleka wybuch. Skoro zrezygnowano ze zgodności historycznej to czemu reżyser nie poszedł w kierunku widowiskowości? Ujęcia z płonących okrętów, zbliżenia, więcej dramaturgii rodem z „Pearl Harbor” czy „Midway” wyszłoby w tej sytuacji na dobre filmowi. Tymczasem dostajemy film, który sili się na bycie prawdziwym obrazem walki na Atlantyku – co mu zupełnie nie wychodzi.

Tymczasem mamy w sumie bardzo statyczny film jednego bohatera, który jest sztywny jakby kij połknął. Brakuje tutaj historii marynarzy, załóg statków handlowych, zdanych na umiejętności członków eskorty. Brak atmosfery nieustannego zagrożenia, strachu i zmęczenia. Dodatkowo CGI użyte tutaj w prawie każdej klatce filmu nie jest najwyższych lotów i  nawet ja – który do efektów specjalnych nic nie mam, doceniam te dobre i rozumiem te średnie – nie jeden raz skrzywiłem się zniesmaczony tym, co zobaczyłem.

„Greyhound” to słaby film (najlepszy jest w nim trailer, który pokazuje prawie wszystkie ciekawe fragmenty). Pewnie będą osoby, którym się spodoba (w kilku momentach jednak trochę w napięciu trzyma), ale jeśli ktoś się interesuje tematem, to może sobie seans darować, bo tylko się zawiedzie. A jeśli chciałbyś się przekonać jak naprawdę wyglądały konwoje to polecam Ci z beletrystyki powieść Alistair’a MacLeana „H.M.S. Ulisses”, a z prawdziwych historii – poczytaj na przykład o konwoju PQ-17.