Extinction

Niewielkie miasteczko Harmony gdzieś w Stanach. Ciemna noc, w dwóch autobusach ludzie, pilnowani przez żołnierzy jadą do punktu kwarantanny. I już wiemy, że dzieje się coś złego… nagle jeden z autobusów zatrzymuje się, słychać strzały… Zarażeni przemieniają się w żądne krwi potwory. A ugryzieni prawie natychmiast zamieniają się w zombie. „Extinction” zaczyna się bardzo dynamicznie, jak klasyczny film o żywych trupach. Świetne zdjęcia, rewelacyjnie dobrana muzyka – przez pierwsze dziesięć minut aż mi się marzyło, by ktoś w taki właśnie sposób nakręcił „Szczury Wrocławia”. Potem akcja przenosi się dziewięć lat naprzód i dostajemy kameralny, melancholijny dramat – dwóch mężczyzn i dziecko, którzy ocaleli w początkowej sekwencji filmu, usiłują przetrwać pośród śniegu i mrozu w wymarłym miasteczku. Jeden z nich – Jack – opiekuje się córką Lu, stara się ją wychować, nauczyć tego co sam pamięta ze szkoły. Lękliwy, zachowawczy mężczyzna z trudem radzi sobie z coraz szybciej dorastająca córką. Drugi mężczyzna – Patrick – jest jego przeciwieństwem, lepiej radzi sobie w świecie po zagładzie. Obu mężczyzn dzieli jakaś tajemnica, wydarzenia z przeszłości, które poznamy w retrospekcjach (chociaż tak naprawdę bardzo łatwo domyślić się o co poszło). Pewnego dnia wydarzenia nabiorą tempa – zmutowane zombie powrócą i obaj mężczyźni będą musieli spróbować przetrwać i uratować Lu…

Ten film trochę mnie stawia w sytuacji rozdarcia – z jednej strony: olbrzymie dziury logiczne w scenariuszu, duże podobieństwo do „Jestem Legendą” z Willem Smithem, gra aktorska na poziomie zaledwie przeciętnym, brak wyjaśnienia co się stało, dlaczego, naciągana wolta z pojawieniem się tajemniczej kobiety… – to wszystko zapisuję na minus. Ale z drugiej strony: ciekawie potraktowany temat, kilka naprawdę bardzo udanych scen – m.in. sekwencja otwierająca film, kapitalna muzyka, tworząca nastrój tęsknoty za minionym światem, sceneria zimowa zrobiona tak, że aż czuło się chłód bijący z ekranu, efektowne zdjęcia… „Extinction” pełen jest właśnie paradoksu – to mógł być bardzo udany film, a jednak został zepsuty nieco. Tym niemniej – polecam. Na pewno nie jest to typowy film o zombie, nie znajdziecie tutaj hektolitrów krwi i parujących flaków. Ale tez nie nastawiajcie się na nic odkrywczego i nowatorskiego, co Wam zedrze kapcie z nóg. Ot, miło spędzicie prawie dwie godziny, bez większych refleksji. Z drugiej strony – jeśli Wasza druga połówka woli od horroru filmy romantyczno-psychologiczne to „Extinction” jest świetnym kompromisem na wspólny wieczór z filmem.

Reżyseria: Miguel Angel Vivas, Scenariusz: Alberto Marini Występują: Matthew Fox, Clara Lago, Jeffrey Donovan. Produkcja: Francja, Hiszpania, USA 2015

%d bloggers like this: