Doghouse

Reżyseria: Jake West. Scenariusz: Dan Schaffer. Muzyka: Richard Wells. Obsada: Billy Murray, Danny Dyer, Stephen Graham, Christina Cole.  Wielka Brytania, 2009

Dawno się tak nie ubawiłem. Czytałem wcześniej recenzje tego filmu i dość skutecznie mnie zniechęciły do oglądania. Ale obiecałem, a obowiązek zrecenzowania rzecz święta (i przy okazji duża przyjemność jaką sprawia mi dzielenie się wrażeniami z przeczytanej książki czy obejrzanego filmu). Odpaliłem więc „Doghouse”… i muszę powiedzieć, że dawno się tak dobrze nie bawiłem jak oglądając ten brytyjski horror-komedię. Utrzymany w podobnej stylistyce co „Zombie SS” film jest dla mnie nawet lepszy od niego. Historia kumpli którzy wyjeżdżają do wiochy zabitej dechami by odpocząć od codzienności potrafi rozbawić, momentami lekko zszokować. Cała historia jest banalna. Sześciu przyjaciół, mających problemy z kobietami, nieudaczników, gości wręcz infantylnych, wyjeżdża na wieś. Plan imprezy jest prosty – poderwać miejscowe laski, uchlać się do nieprzytomności. Robią to zwłaszcza dla jednego z nich który przeżył właśnie traumatyczny rozwód po którym wciąż nie może dojść do siebie. A cóż może być lepszego na zapomnienie o byłej niż męska impreza? Pierwszy niepokojący sygnał to martwe, wypatroszone owce na drodze do wioski… Potem jest już tylko gorzej. Wioska zdaje się wymarła. Powoli autorzy filmu wprowadzają nas w atmosferę horroru. Ślady krwi których bohaterowie nie dostrzegają, urwane, poobgryzane kończyny… W końcu zaczyna się akcja. Nasi bohaterowie stają oko w oko z kobietami które zostały zamienione w zombie. I zaczyna się jatka i śmiech. Naprawdę. Teksty bohaterów, sceny gdzie krew wręcz tryska strumieniami, ucinanie palców i zjadanie biednych mężczyzn żywcem… To nie jest grzeczny, politycznie poprawny film. I chociaż opis brzmi głupio to według mnie sam film nie jest głupi. To dobry kawał filmu gore który bezczelnie, garściami czerpie wszystko co najlepsze w horrorze. Odniesień do klasyków jest tu mnóstwo. Mamy więc „Noc żywych trupów”, „Gwiezdne wojny”, „Edwarda Nożycorękiego”, „Resident Evil”(zgadnijcie czyje logo widać w 57 minucie filmu). Są tu sceny przy których śmiałem się prawie do łez – akcja w sklepie z zabawkami gdy nasi panowie szukają broni – bezcenna. A sposób na przedostanie się do oblężonego kościoła – padłem ze śmiechu. Oczywiście – podniosła się na forach wrzawa jak kiepski jest to film. Ale nie ma się co tym przejmować. W swojej kategorii ten film jest naprawdę dobry. Szkoda, że autorzy nie wykorzystali potencjału który tkwił w tej historii. Bo w „Doghouse” bardzo pobieżnie dowiedzieliśmy się, że to wojsko testowało nowego wirusa który atakował tylko kobiety i zamieniał je w krwiożercze zombie. I jeszcze ostrzeżenie by nie wchodzić do lasu… nasi bohaterowie do lasu nie wchodzą, ale kto wie – może będzie jeszcze kilka części – ja bym się nie pogniewał. Polecam „Doghouse” – to kawałek fajnej rozrywki pokazującej słynne stwierdzenie, że kobiety są z Wenus a mężczyźni z Marsa w zupełnie innym, horrorystyczno-komediowym świetle. A może to taki przewrotny sposób pokazania układów męsko-damskich w naszym zwariowanym świecie?

Font Resize
KONTRAST
%d bloggers like this: