Dan Simmons. Terror

Dan Simmons. Terror

Tłumaczenie: Janusz Ochab, 596 stron. Wydawnictwo Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita SA, rok wydania 2008.

19 maja 1845 roku dwa okręty – Terror i Erebus pod dowództwem Johna Franklina – wyruszyły w poszukiwaniu legendarnej przeprawy przez Arktykę – przejścia północno-zachodniego. Okręty widziano jeszcze w Zatoce Baffina 26 lipca. Potem ślad po 133 marynarzach zaginął. Tematem zajął się Dan Simmons w swojej powieści „Terror”. Ja ją czytałem w pierwszym wydaniu, można spokojnie powiedzieć fatalnym wydaniu – literówki, miękka oprawa, klejona tak, że się rozłaziła przy czytaniu, pożółkły papier, zniechęcająca ilustracja na okładce. Na szczęście jest dostępne wydanie Wydawnictwa Vesper – więc kto nie czytał jeszcze tego arcydzieła to ma szans1) nabyć profesjonalne wydanie.  

Dan Simmons debiutował horrorem „Pieśń bogini Kali” – bardzo dobrym zresztą. Potem były przeciętne „Letnia noc” i „Ostrze Darwina”. No i światowej klasy fantastyka – cykle „Hyperion” i „Endymion”. We wszystkich tych powieściach autor dał się poznać jako znakomity opowiadacz, jego historie oszałamiają ilością szczegółów, bogactwem pomysłów. Nie inaczej jest z „Terrorem”. Historia wyprawy Johna Franklina napisana z dużą dozą wiedzy (lista literatury na końcu powieści robi wrażenie), grozy i fantazji. Narracja jest przedstawiona z punktu widzenia dowódcy wyprawy Johna Franklina, jego zastępcy Francisa Croziera – który z czasem staje się głównym bohaterem, pomocnika lekarza Harry’ego Goodsira i jeszcze kilku postaci.

Krok po kroku poznajemy losy ekspedycji której uczestnicy zmagają się z zimnem, lodem, chorobami, podupadającym morale i Potworem z Lodu. Właśnie Potwór z Lodu stanowi tu wątek horroru. Zdawać by się mogło, że wątek zupełnie niepotrzebny. Do momentu kiedy akcja książki robi woltę o 180 stopni i okazuje się, że to powieść o czymś zupełnie innym niż się zdawało.

Naprawdę – ciężko jest mnie zaskoczyć czymkolwiek, a tutaj szczęka mi opadła z wrażenia. Początkowo marynarze sądzą, że Potwór z Lodu to wyrośnięty biały niedźwiedź… ale co to za niedźwiedź który porywa dwóch marynarzy tylko po to by postawić przy burcie okrętu sylwetkę człowieka składającą się z części obu porwanych? Szczegółowość, plastyczność opisów Simmonsa jest warta podziwu. Niemal czuje się przenikliwe zimno, wilgoć pod pokładami okrętów, beznadziejność nocy polarnej, głód który zmusza ludzi do bestialstwa. Bo tak naprawdę „Terror” nie jest opowieścią o wyprawie czy Potworze z Lodu, lecz o ludziach i o tym jak daleko są w stanie się posunąć by przeżyć.

Mniej wprawionemu czytelnikowi problem może sprawić sposób w jaki autor prowadzi narrację. Biegnie ona dwoma ścieżkami czasu. Raz po raz przerzucani jesteśmy w przeszłość bądź teraźniejszość wyprawy. Wydarzenia poznajemy ze wspomnień aktualnego narratora, potem uczestniczymy w nich z innym już narratorem. Na szczęście powieść wciąga szybko i przestajemy dostrzegać te przeskoki w czasie. Moment w której ścieżki narracji się łączą i prowadzą już razem do oszołamiającego finału nam ucieka. Polecam „Terror” nie zawiedziecie się i obiecuję: nie raz do tej powieści wrócicie.

Podobało się? Nie podobało? Zostaw jakiś ślad po sobie :)

Font Resize
KONTRAST