Blake Crouch. Wayward Pines

Najpierw usłyszałem o serialu. Potem się dopatrzyłem, że powstał on na podstawie cyklu powieści Blake’a Crouch’a – Szum, Bunt i Krzyk. Serialu nie oglądałem, bo postanowiłem najpierw poznać książkowy pierwowzór. I tak zanurzyłem się w świat małego miasteczka gdzieś w Stanach. Wayward Pines wygląda jak modelowy raj, zgrabne domki, piękne okoliczności przyrody… Ale gdy do tego rzekomego raju trafi agent specjalny Ethan Burke szybko okaże się, że nic w Wayward Pines nie jest w porządku. To właśnie oczyma Ethana poznawać będziemy sekrety miasteczka. Samo zresztą jego pojawienie się tutaj owiane jest nimbem tajemnicy. Ranny, z zanikiem pamięci Burke budzi się gdzieś na przedmieściach. Próbuje dowiedzieć się czegokolwiek o sobie samym, w końcu przypomina sobie kim jest i z jaką misją trafił tutaj. Ale czy te wspomnienia to prawda, czy może urojenia uszkodzonego mózgu? Ethan Burke będzie musiał szybko odpowiedzieć na to pytanie, bo już wkrótce okaże się, że może go czekać śmierć… a może coś jeszcze gorszego.

Jedno trzeba autorowi powieści przyznać – potrafi w swoją historię wciągnąć czytelnika bez reszty. Powieść „Wayward Pines. Szum” reklamowana jest jako nowe Twin Peaks. Tutaj mała dygresja – ciężko nie reklamować powieści w ten sposób, skoro autor sam w posłowiu opowiada jak wielki wpływ na jego twórczość miał kultowy serial Davida Lyncha. I mogę się z tym zgodzić – przynajmniej do pewnego momentu czujemy dreszcz niepokoju i wracają wspomnienia tego, co czuło się oglądając kolejne odcinki serialu Lyncha. Ale w momencie kiedy dostajemy odpowiedź co tak naprawdę dzieje się w Wayward Pines to uczucie to znika. Owszem – fajnie to wymyślona intryga, ciekawy pomysł – niezła dawka czystej science-fiction… ale odpowiedzi odzierają lekturę z tego uczucia niepokoju, które tak mi się podobało przez pierwsze dwieście stron. Nie zrozumcie mnie źle – Szum to naprawdę niezła powieść, wciągające czytadło, z nieźle zarysowanymi bohaterami. Ale już po przeczytaniu i przemyśleniu dochodzi się do wniosku, ze to jednak przekombinowane było. Ciężko uwierzyć, że tak właśnie zachowywaliby się ludzie uwięzieni w mieście z którego nie ma ucieczki. Nie chce się wierzyć w to, że tak niewiele osób próbuje uciekać, czy chociażby poznać prawdę. Więc Wayward Pines dobrze się czyta… ale niedosyt pozostaje. I o klimat Twin Peaks tylko lekko autor zahacza.

Tłumaczenie: Paweł Lipszyc. 360 strony. Wydawnictwo Otwarte, rok wydania 2014

%d bloggers like this: