Andrzej Wardziak. Infekcja Genesis

Wydawnictwo Pascal, liczba stron: 466, rok wydania 2016.

Temat zombie wydaje się być już wymęczony do bólu. Oczywiście, mało komu udało się zbliżyć w temacie do takiej perfekcji jak Romero w „Nocy żywych trupów”, ale niezgorszy komiks „Walking Dead” spowodował, że od kilku lat przezywamy istną Apokalipsę Z – przynajmniej w literaturze. Z tym mocno zgranym tematem postanowił się zmierzyć w swojej debiutanckiej powieści Andrzej Wardziak. Muszę powiedzieć, że pomysł, aby debiutować historią o zombi uważam za bardzo karkołomny. No bo cóż nowego można napisać o żywych trupach? Dlatego gratuluje autorowi odwagi. A czy udało się jakoś wybrnąć z ogranych schematów? I tak, i nie. W historii jaką funduje nam Andrzej Wardziak próżno szukać oryginalności. Ot, wypadek, jakaś tajemnicza substancja wylewa się z cysterny, kilka dni później pojawiają się dziwni, agresywni chorzy, atakujący zdrowych – i to najwyraźniej w celach stricte konsumpcyjnych. Sztampa. Na dodatek bohaterowie powieści – a jest ich kilkoro – są przewidywalni (no może oprócz jednego – Jacka – który z początku zdaje się być pozytywnym bohaterem, ale później to hohoho…). Standardowy jest tez motyw wędrówki – trzeba iść, szukać bezpiecznego miejsca, ludzi, władzy, wojska… czegokolwiek. I tutaj Andrzej Wardziak Ameryki też nie odkrył… Kiedy zaczynałem lekturę „Infekcji” to pierwsze dwadzieścia stron był ciężkie do zmordowania. A potem w opowiadaną historię wciągnąłem się tak, że książkę odłożyłem dopiero jak skończyłem ostatnią kartkę. Bowiem przy całej schematyczności tematu autor swój debiut według mnie wygrał. A to z kilku powodów: po pierwsze – to chyba pierwsza książka o zombi, której akcja toczy się w Polsce. Mamy więc swojskie klimaty, miejsca, które znamy z autopsji lub chociaż z przewodników, gazet, wiadomości. Wprowadzenie w znane miejsca umarlaków daje naprawdę dobry efekt – masakra na „patelni”, wędrówka przez mroczne tunele metra, wojskowy obóz na Polach Mokotowskich – wszystko to oddziałuje na wyobraźnię dużo bardziej niż w powieściach zagranicznych autorów. Po drugie – pokonawszy kilkanaście pierwszych, drętwych stron, przyzwyczajamy się do sposobu pisania autora i dostrzegamy jak to wszystko jest nieźle wymyślone – na przykład jedna z bohaterek na dachu kiosku, otoczona chmarą zombi – napisane to niby prosto, bez opisów, a jednak przemawia do wyobraźni. Poszczególne sceny pokazują, że autor chociaż nie radzi sobie z opisami, to ma niezłe ucho do dialogów i niezłe pomysły opisuje. Po trzecie – bohaterów, mimo tego, że zdają się być stworzeni z jednej sztancy da się polubić i przez te 466 stron powieści można się do nich przywiązać. Dużym plusem jest na pewno finał – nagle powieść o typowym schemacie „idźmy, byle do przodu” zmienia wydźwięk na nieco bardziej niepokojący, niejednoznaczny moralnie. I w końcu potężny cliffhanger na ostatnich stronach… Polecam „Infekcje”, to bardzo porządne czytadło, dające dużo frajdy.

%d bloggers like this: