7500

Reżyseria: Takashi Shimizu, Scenariusz: Craig Rosenberg, Występują: Ryan Kwanten, Leslie Bibb, Amy Smart, Jamie Chung Produkcja: Japonia, USA, 2014

Kiedy za kamerą staje taki reżyser jak Takasji Shimizu – twórca „Ju-on Klątwa” i jej amerykańskiego remake’u „The Grudge” to mamy prawo oczekiwać dobrego filmu. Kiedy dobry reżyser pracuje nad swoim filmem długi czas, stale coś poprawiając i ulepszając – mamy prawo oczekiwać genialnego filmu. Przynajmniej tak by się mogło zdawać. Niestety, w przypadku filmu „7500” nie do końca się to sprawdza. A szkoda, bo potencjał miał ten film naprawdę duży. Historia rozpoczyna się 12 maja kiedy to z lotniska w los Angeles startuje lot numer 7500 do Tokio. Początkowo lot przebiega bez żadnych zakłóceń, a my poznajemy załogę samolotu i kilkoro pasażerów. I już tutaj pierwszy zgrzyt – historie, jakie reżyser pokazuje, są bardzo sztampowe – ot, małżeństwo w podróży poślubnej – ona wiecznie niezadowolona perfekcjonistka, on nie stroniący od płci pięknej; stewardesa zakochana w żonatym pilocie, który wcale nie planuje się rozwieść; dziewczyna, która boi się, że jest w ciąży… Schematy, które widzieliśmy już setki razy w wielu, dużo lepszych, filmach. Jedyną ciekawszą postacią zdaje się być tajemniczy mężczyzna, który niczym skarbu pilnuje niewielkiej drewnianej skrzyneczki. Ten właśnie mężczyzna umiera w trakcie lotu. Jego zwłoki zostają przeniesione na górny pokład, z dala od reszty pasażerów. Chwilę później samolot wpada w potężne turbulencje, a na pokładzie zaczynają się dziać dziwne i coraz bardziej przerażające rzeczy. Gdzieś znika też trup z górnego pokładu. I chociaż brzmi to w opisie nieźle, to jednak potencjał tego filmu został niemal całkowicie zmarnowany. Naprawdę ciężko powiedzieć czemu. Gra aktorska nie jest najgorsza (chociaż aktorzy dużo do zagrania nie mają), Lesli Bibb, znana z „Zagubionych” – odpowiednio urocza, akcja w zamkniętej przestrzeni samolotu – klaustrofobiczna. Co więc nie wypaliło? Moim zdaniem z jednej strony zbyt dużo chciano w ten film włożyć, z drugiej zaś rozwiązanie jest banalne (zarówno Stephen King, a nawet Stefan Grabiński temat jaki porusza „7500” wykorzystywali nie jeden raz, z dużo lepszym skutkiem). To, że za dużo chciano w film tematów włożyć widać chociażby po całkiem zbędnym i nierozwiniętym wątkiem mężczyzny z tajemniczą lalką – o co chodzi, pytałem sam siebie w trakcie seansu. Mgła snująca się po samolocie, pojawiające się znikąd zjawy (niestety – zamiast straszyć niektóre sceny wzbudzają śmiech – chociażby scena z robieniem testu ciążowego – ile razy można jeden test robić???). A potem – gdzieś w połowie filmu – załapałem o co naprawdę chodzi, i seans – co do którego miałem jeszcze nadzieję – przestał być przyjemnością. I jeszcze na koniec bezsensowna „jump scena” – po co? Na co? Nie wiadomo. Szkoda. „7500” to mógł być naprawdę dobry horror, poruszający ważną kwestie, przejmujący do szpiku kości – na taki liczyłem. Dostałem jednak produkt zastępczy, w którym ktoś zapomniał o scenariuszu. Zdecydowanie nie polecam. No chyba, że już zupełnie nie macie co oglądać. Albo chcecie się pośmiać trochę.

Font Resize
KONTRAST
%d bloggers like this: