Instytut Benjamenta, czyli ten sen który nazywają życiem

Tyt. org. Institute Benjamenta, Or This Dream People Call Human Life

Reżyseria: Stephen Quay, Timothy Quay Scenariusz: Allan Passes, Stephen Quay, Timothy Quay Muzyka: Lech Jankowski. Obsada: Mark Rylance, Alice Kriege, Gottfried John.  Wielka Brytania, 1995

 „Instytut Benjamenta” to pierwszy długometrażowy film braci Quay. Drugim jest „Stroiciel trzęsień ziemi”. I to cały dorobek długometrażowy. Ale bracia Quay to także mnóstwo teledysków, animacji (znakomita „Ulica krokodyli”), ambitnych i nowatorskich reklam. Tak więc kiedy przystępowali do realizacji „Instytutu” to mieli za sobą wiele projektów. Przygotowanie do realizacji filmu zajęło osiem lat. I co dostajemy? Ano dostajemy ciężki temat. Bo „Instytut Benjamenta” to film na pewno nie dla wszystkich. Potrzeba pewnego wyrobienia, wiedzy, znajomości korzeni surrealizmu by móc w pełni zachwycić się filmem braci Quay. Są ludzie którzy ten film kochają, są tacy którzy mają go za kompletną szmirę. Sama historia zawarta w fabule – jeśli w ogóle można tu mówić o jakiejś fabule – jest prosta. Młody mężczyzna – Jakob – przybywa do Instytutu prowadzonego przez rodzeństwo Benjamentów. W Instytucie kształcą się mężczyźni którzy pełnić mają w przyszłości rolę służących. W skostniałych strukturach zaczyna coś pękać kiedy między Lisą Benjament, jej bratem i Jakobem zaczyna toczyć się pełna skrywanej namiętności gra. Kiedy jeszcze okazuje się, że Lisa pozostaje w kazirodczym związku z bratem zaczyna się upadek Instytutu… No właśnie – mogę spokojnie opowiedzieć fabułę tak jak ja ją widzę, bowiem kiedy ktoś inny obejrzy ten film okaże się, że dostrzegł zupełnie inną historię w tym filmie. Ja obejrzałem dwa razy, zanim w ogóle pojąłem, o co może autorom filmu chodzić. Więc już milczę o fabule, a opowiem o czym, co mnie urzekło. Świetnie wyglądają w tym filmie zdjęcia – czarno-białe, z rozmytą głębią ostrości, kątami patrzenia kamery czasami tak dziwacznymi, że niemal niemożliwymi do zniesienia. Zupełnie jakby użyć „camera obscura” do robienia zdjęć filmowych. Efekt jest naprawdę świetny. Muzyka – polski kompozytor Lech Jankowski dał popis najwyższych lotów geniuszu muzycznego. O grze aktorskiej trudno mówić, bo jej po prostu nie ma – ale są sceny (np. szkolenie służących) które są tak dobre, tak zagrane, że zapadają w pamięć na długo. No i Alice Kriege jako Lisa Benjament jest wspaniała. Za każdym razem kiedy pojawia się w kadrze od razu rośnie napięcie, niemal czuć atmosferę gry namiętności i wyuzdania z Jakobem. Pod tym względem film jest zrobiony mistrzowsko.  Myślę, że każdy kto zobaczy „Instytut Benjamenta” znajdzie w tym filmie coś innego – dla jednych będzie to historia nieszczęśliwej miłości, dla innych alegoria życia wśród zakazów i nakazów, życia polegającego na codziennym powtarzaniu idiotycznych czynności. Czym dla Was będzie ten film? Myślę, że już choćby z ciekawości warto samemu się przekonać. Nie gwarantuję rozrywki lekkiej, łatwej i przyjemnej – ale zapewniam, że warto – warto wysilić wyobraźnie i w onirycznym, surrealistycznym „Instytucie Benjamenta” odnaleźć własne symbole i ścieżki. Może po projekcji zapytacie „ale o co chodzi?” to i tak w podświadomości na długo zostaną Wam obrazy braci Quay… I chyba o to właśnie w tym wszystkim chodzi.

Podobało się? Nie podobało? Zostaw jakiś ślad po sobie :)

Font Resize
KONTRAST